Jun 30 2008

Na zakupy do USA

Tag: biznes, gospodarkaadmin @ 9:02 am

Tracący na wartości dolar, rosnąca siła nabywcza polskiej waluty, a przede wszystkim panująca nad Wisłą drożyzna zachęcają coraz większą liczbę Polaków do wyjazdu na zakupy do Stanów Zjednoczonych. Na amerykańskim rynku ceny większości dóbr – w tym wyrobów importowanych do USA z Polski (sic!) - są od 20 do 80% niższe niż u nas.

Największym zainteresowaniem domorosłych importerów cieszą się niewątpliwie samochody, które – nawet po uwzględnieniu podatku VAT, opłat celnych, podatków i innych haraczy – są od 30 – 50% tańsze niż w Polsce. Szczególnie tanie są marki luksusowe; mercedes, lexus, audi, bmw etc. Amerykańska motoryzacja – chociażby ze względu na niższą od polskiej (o połowę) cenę paliw i duże odległości – bazuje na silnikach o dużej pojemności oraz automatycznych skrzyniach biegów, co przekłada się na stosunkowo wysoki koszt eksploatacji.

Ponadto, pojazdy o pojemności poniżej 2 litrów podrożały w ciągu ostatnich 2 miesięcy o 40%. Dodatkowym obciążeniem dla importera są koszty transportu, które w dużych ośrodkach polonijnych (Nowy Jork, Chicago) sięgają od 1500 – 2200 dol. za pojazd. Przy wysyłce auta do Wielkiej Brytanii, Irlandii lub Niemiec można koszt ten zredukować o 25%. Większość amerykańskich firm specjalizujących się w transporcie do Polski znaleźć można w internecie.

W USA nie ma podatku VAT, istnieje jednak podatek od sprzedaży (sales tax), sięgający w niektórych stanach (np. Nowy Jork) 10% ceny zakupionego towaru lub usługi. W przypadku samochodu można jednak tego podatku nie płacić, deklarując u dealera, że pojazd zostanie natychmiast wywieziony zagranicę. Większość dealerów żąda danych firmy transportowej, która wywiezie samochód z terenu USA.

Kupno samochodu można połączyć z wycieczką po Ameryce. Jednakże wymaga to posiadania tymczasowej rejestracji pojazdu, wydawanej u dealera na okres do jednego miesiąca. Otrzymanie jej wiąże się z koniecznością zapłacenia podatku od sprzedaży.

Wyjątkowo tanie są w Stanach Zjednoczonych kosmetyki i markowe ciuchy. Trzeba jednak wiedzieć, gdzie je kupić. Produkty wszystkich światowych designerów znaleźć można w tzw. sklepach dyskontowych (discount stores), fabrycznych (factory outlet) albo likwidacyjnych (close-out). Do najbardziej znanych placówek tego typu należą: Marshall, TJ Maxx, Macy’s, Target, Burlington, SYMS etc.

Osobnym zjawiskiem zakupowym jest miasto Nowy Jork, a zwłaszcza słynna ulica Broadway, gdzie panujące ceny mogą przyprawić o zawrót głowy, szczególnie gdy chodzi o kosmetyki, buty czy biżuterię. Za flakonik markowych perfum, na Broadway’u, kilka przecznic od Times Square, płaci się od 50 do 70% mniej niż w Polsce. Szminka czy błyszczyk Lancome’a kosztuje tylko minimalnie więcej niż u nas…..dobra pasta do zębów. Moja sąsiadka z samolotu twierdziła, że na pięciu buteleczkach perfum Chanell plus dwie torebki od Luis Vitton (albo dwie pary butów) zarabia tyle, ile kosztuje bilet lotniczy w obie strony.

Rewelacyjnie tanie są aparaty fotograficzne, zegarki, kamery, sprzęt komputerowy i elektronika. Kupuje się je za połowę ceny europejskiej. O ile jednak amerykańska wersje aparatów Olympus, czy Nikon, albo zegarków Tagheur, Seiko lub Rolex nie różnią się zbytnio od wersji europejskich, o tyle sprzęt zasilany prądem elektrycznym jest już zupełnie inny. W Stanach Zjednoczonych inne są gniazdka, wtyczki, a także napięcie i częstotliwość prądu elektrycznego. Można, co prawda, posłużyć się transformatorem, ale w przypadku urządzeń wysokiej jakości obniża to jakość sprzętu.

Laptopy czy note-booki kosztują mniej niż połowę tego co w Polsce, trzeba jednak pamiętać, że zamieszczony w nich system operacyjny i inny software są w wersji angielskojęzycznej. Fakt zakupu komputera zagranicą może być powodem do dyskwalifikacji jego gwarancji na terenie Polski. Dla osoby wprawnej w informatyce nie jest to jednak żadna przeszkoda.

Uwaga na iphony, które są nadal światowym przebojem. Zadziwiający marketing firmy Apple sprawił, że nabycie ich jest szalenie trudne. Można bez problemu kupić iphon, wykupując usługę telefonii komórkowej w firmie AT&T na co najmniej rok, pod warunkiem, że ma się dobrą historię kredytową, kiedy jednak chce się kupić samo urządzenie, sprzedający stosują swego rodzaju cenzurę.

Primo, aby je kupić trzeba mieszkać w USA, co potwierdzane jest posiadaniem amerykańskiego prawa jazdy; secundo, iphon można kupić tylko na amerykańską kartę kredytową; tertio, wymaga się przy tym oświadczenia, że sprzęt nie będzie eksportowany do Europy; quarto, kupuje się urządzenie w postaci zakodowanej. Apple zrobiła z iphonami istny cyrk, zwłaszcza (a może właśnie dlatego?) że na rynku jest kilka innych marek (Samsung, BlackBerry), pełniących te same funkcje, tańszych i które można kupić bez problemu.

Ostatnim przebojem eksportowym z USA do Polski są…materiały budowlane. Wysyła się już wszystko: od wypasionych jacuzzi, poprzez wyszukane systemy do klimatyzacji, na cemencie, farbach i…cegłach kończąc. Amerykańskie drzwi z pełnego drewna kosztują 20% tego, co w Polsce, cena farby to jedna czwarta ceny polskiej, to samo armatura czy glazura. Zdaniem zawodowego architekta, budując dom z materiałów made in USA oszczędzamy ok. połowę kosztów.

Jeśli nawet ktoś nie lubi mieszać wakacji z zakupami, to i tak polecam spacer po amerykańskich sklepach. Jest to wielce pouczająca lekcja do czego prowadzi silna konkurencja i wolność gospodarcza.
Źródło: Gazeta Ubezpieczeniowa


Jun 26 2008

Większość menedżerów to sabotażyści i agenci CIA…

Tag: biznes, gospodarkaadmin @ 3:46 pm

.. albo przynajmniej tak się zachowują. Manageria dotarła do tajnych dokumentów amerykańskiego wywiadu, które uczą, jak powinien postępować menedżer - sabotażysta. Wnioski są druzgoczące.

Znany w środowisku internautów filozof i spec od globalnej sieci David Weinberger opisał na swoim blogu niesłychane odkrycie.

Wienberger został zaproszony na konferencję organizowaną przez CIA. Dwaj agenci prezentowali na niej projekt Intellipedia, czyli internetowej encyklopedii dla amerykańskich służb specjalnych.

Podczas prezentacji przedstawili jedną ciekawostkę, która najpewniej w następnych dniach wstrząśnie światem korporacji na całym świecie.

Pokazali odtajniony podręcznik dla agentów Biura Służb Strategicznych, organizacji, z której wywodzi się CIA. Podręcznik z 1944 roku uczy, jak sabotować pracę w firmach. Dla menedżerów.

Przerażające jest to, że opis pasuje idealnie do ogólnie przyjętej na świecie kultury korporacyjnej anno domini 2008:

1. Dąż do tego, aby wykonywać wszystko “kanałami”. Nigdy nie zgadzaj się na skróty w celu wykonania decyzji.

2. “Przemawiaj”. Mów tak często i długo, jak to możliwe. Swoje tezy ilustruj anegdotami i przykładami z życia osobistego. Nigdy nie wahaj się dorzucić kilku stosownych “patriotycznych” komentarzy.

3. Kiedy to możliwe, przekazuj wszystkie sprawy komitetom/komisjom w celu “dalszych badań i rozważań”. Staraj się, by komisje były jak największe - nigdy nie mniejsze niż pięć osób.

4. Wtrącaj nieistotne wątki tak często, jak to możliwe.

5. Kłóć się o precyzyjne sformułowania w komunikatach, zapisach spotkań, postanowieniach.

6. Wracaj do spraw, które zostały już ustalone na poprzednich spotkaniach i staraj się na nowo wszczynać dyskusję o tym, czy decyzje były zasadne.

7. Doradzaj “ostrożność”. Bądź “rozsądny” i nakłaniaj uczestników narad, by byli “rozsądni” oraz unikaj pośpiechu, który może skutkować trudnościami i niezręcznościami.

8. Martw się o prawidłowość jakiejkolwiek decyzji - stawiaj pytanie, czy dane działanie jest w ramach kompetencji grupy, czy może będzie konfliktować z polityką wyższych menedżerów.

Źródło: boingboing.net


Jun 26 2008

Jak banki motywują pracowników?

Tag: biznes, gospodarkaadmin @ 3:21 pm

Na ogół system motywowania pracowników sprowadza się do dość mechanicznie przyznawanych premii okresowych. Niektóre instytucje finansowe mogą pochwalić się już bardziej wysublimowanymi akcjami, adresowanymi do poszczególnych grup menedżerów. Wzrasta znaczenie kapitału ludzkiego i zarządzania instytucją przez wartość.

Premie na ogół wypłacane są w gotówce w systemie kwartalnym i rocznym. Ale w przypadku menedżerów z wyższej półki zdarzają się również opcje na preferencyjny zakup nowej emisji akcji banku czy towarzystwa ubezpieczeniowego. Mogą na nie jednak liczyć głównie ci menedżerowie, którzy mają wymierny wpływ na wycenę rynkową firmy. Przejście od tradycyjnych do nowych koncepcji zarządzania następuje albo stopniowo, albo na drodze wprowadzania całkiem nowych systemów motywacyjnych. Nowe systemy motywacyjne są nieraz częścią know-how, jakie przekazują oni polskim bankom.

– W tak dużym banku jak PKO BP szczególnie istotny jest dobrze działający system motywacyjny – przekonuje Michał Handzlik, dyrektor zarządzający w PKO BP SA. Na pewno nie może on polegać na „automatycznym” przyznawaniu premii, ale na uzależnieniu jej wielkości i częstotliwości przyznawania od oceny rezultatów pracy.

Systemy te tworzą silną konkurencję między pracownikami. Tymczasem dobre motywowanie powinno kreować przyjazny klimat w pracy panujący pomiędzy zatrudnionymi. Gdy jest ono oparte o agresywny system motywacyjny, premiujący tylko zapisy cyfrowe w instytucji finansowej, może rodzić konflikty i psuć stosunki międzyludzkie. Dlatego warto szukać tzw. złotego środka.

Pakiety motywacyjne

Pakiet jest konstruowany na ogół dla pracowników o zbliżonych potrzebach. Na każdego bowiem co innego działa. Inne „motywatory” oddziałują na menedżerów, a inne na pracowników operacyjnych. Inaczej trzeba motywować sprzedawców produktów, a inaczej tych, którzy np. zajmują się kontrolingiem w bankach czy aktuariatem w towarzystwie ubezpieczeniowym. Dobrze, żeby premia miała duże znaczenie w strukturze wynagrodzenia. Nie powinna ona przekraczać jednak 40–50 proc. całości pensji, bo w przeciwnym wypadku może zachwiać poczuciem stabilizacji i bezpieczeństwa pracownika – co w oczywisty sposób warunkuje jego efektywną pracę.
W Banku Pekao SA system premiowania jest oparty na doświadczeniach Unicredito Italiano. Tam pracownicy są podzieleni na trzy duże grupy, do których przypisano kolejne trzy „podsystemy” motywacyjne. Kilka tysięcy ludzi zostało objętych program stymulacji sprzedaży w placówkach. Poszczególnym grupom stawiane są różne cele, przeliczane na punkty (np. pozyskanie określonej liczby nowych kont daje określoną liczbę punktów). Przekroczenie określonych normatywów owocuje premią. Najlepsi otrzymują najwięcej. Nieliczni, którzy zgromadzili odpowiednią liczbę punktów, mogą liczyć na wartościową nagrodę, np. zestaw kina domowego. Z kolei dla menedżerów średniego szczebla – dyrektorów oddziałów, departamentów centrali, specjalistów stworzono system zarządzania przez cele (MBO). Tu rozliczane są konkretne efekty zadania – biznesowe (na przykład sprzedanie określonej ilości produktów) i niebiznesowe (polegające na powodowaniu pozytywnych zmian w zespole). Za 110 proc. realizacji celu przysługuje 140 proc. premii, za 90 proc. – tylko 70 proc. Wartość puli premiowej zależy od wyników banku. Do „top menedżerów” skierowano z kolei program opcji menedżerskich. Są to opcje na akcje banku. Zarobki najwyższych menedżerów są więc zależne m.in. od ceny akcji banku.

Budowanie zespołu

Dobry system motywacyjny nagradza doskonalenie poziomu obsługi klienta i stymuluje rozwój pracowników. Sprzyja szybkości uczenia się, rozbudza zdolności kreacji. Ważne jest dopingowanie menedżerów akcjami (tym bardziej jeśli ceny tych akcji rosną na giełdzie). Plan opcji obejmuje pracowników, których praca ma kluczowe znaczenie dla realizacji długofalowych celów instytucji finansowej. Są to osoby wyróżnione w instytucjach finansowych podczas okresowych ocen.

Łatwiej jest jednak wdrażać całkiem nowy system motywacyjny, niż doskonalić już działający. Każda zmiana musi bowiem zostać zaakceptowana przez pracowników. Inaczej system może rodzić konflikty i być po prostu nieefektywny. Modyfikacja oznacza więc nieustające negocjacje. Pracownicza akceptacja dla przedsięwzięcia i dobre stosunki w zespole to główne warunki osiągnięcia sukcesu. Najlepiej widać to na przykładzie projektów rozpoczynanych od podstaw. Niezwykle ważne jest zbudowanie zgranego, rozumiejącego się zespołu. Trzeba to jednak zrobić tak, by górę nad wewnętrzną konkurencją wzięła współpraca. Ludzie pracują lepiej, gdy się rozumieją i chociaż trochę lubią. Duże znaczenie mają też wspólne zajęcia i warsztaty oraz wbrew pozorom, ośmieszane nieraz weekendowe czy wakacyjne wyjazdy integracyjne. Zajęcia typu „team building” obejmują całe grupy specjalistów na przykład do spraw sprzedaży i kredytodawców, reprezentujące na co dzień dwie różne strony procesu negocjacji. Czy agentów sprzedających polisy na życie i osoby pracujące w kadrach lub rachunkowości; obie te grupy są nieodmiennie przekonane, że to one głównie zarabiają na swoją instytucję finansową. „Team building” sprzyja więc łagodzeniu konkurencji wewnętrznej.

W systemie VBM

Dobry system motywacyjny powinien wiązać korzyści osobiste pracowników z ich wkładem w tworzenie wartości instytucji finansowej. Tu potrzeba jednak nietypowych rozwiązań.. Niestety za bardzo „księgowe” modele systemów motywacyjnych stawiają dolne i górne ograniczenia w wysokości premii. Natomiast projektowanie systemu motywacyjnego zorientowanego na wartość wymaga wypracowania takich rozwiązań, które długo będą wspierać proces kreacji wartości i będą zgodne z filozofią VBM (Value Based Management). Wymaga to wdrożenia takich metod, które wymuszą na menedżerach orientację na długoterminową perspektywę zarządzania firmą. Tak zwany „bank premii” niweluje ograniczenia konwencjonalnych systemów, szczególnie poprzez wprowadzenie nielimitowanych nagród, zachęcających pracowników do nieustannej poprawy wyników. W nim właśnie kumulowane są należne premie, wiążące się z przekroczeniem tzw. wyniku docelowego. Z ustaloną częstotliwością wypłacana jest jedynie określona część premii. Jaka? To zależy od stopnia realizacji celu. Rozwiązanie to przewiduje również finansowe konsekwencje, wynikające z wykazania wyników znacznie poniżej oczekiwań. Wówczas pula pieniędzy w „banku premii” zmniejsza się. Należna premia ustalana jest jako procentowy udział w wyniku ekonomicznym firmy, a najczęściej stosowanym cyklem rozliczania wyników jest okres trzyletni. Innym rozwiązaniem może być przyjęcie odpowiedniej struktury i zasad premiowania, które równoważyć będą wypłatę premii pieniężnych w krótkim okresie z opcjami na zakup akcji w perspektywie długoterminowej.

Zaprojektowanie właściwego systemu motywacyjnego, uwzględniającego na dodatek specyfikę przedsiębiorstwa, wymaga gruntownego przeglądu strategii oraz celów finansowych firmy. Taki system powinien być pochodną strategicznych planów instytucji finansowej. Oraz stymulować pozytywne zachowania pracowników. W Value Based Management głównym czynnikiem sukcesu jest motywowanie pracowników do takich działań i zachowań, które przyczyniają się do wzrostu wartości całej firmy. Wyzwalanie w pracownikach np. innowacyjności ma uzasadnienie o tyle, o ile z punktu widzenia realizowanej strategii wzrostu wartości innowacyjność ta uznana została za istotny element wspierający realizację planów właścicieli banku czy towarzystwa ubezpieczeniowego. Ważny jest właściwy pomiar i ocena wyników pracy. Powinny one uwzględniać zarówno finansowe czynniki tworzenia wartości (takie jak przychody, marża operacyjna, poziom kapitału pracującego, efektywność wykorzystania majątku produkcyjnego), jak i czynniki niematerialne (np. satysfakcja klientów, zaangażowanie pracowników, relacje z dostawcami). Opracowanie tzw. drzewa wartości (Value Tree) pozwala z kolei wiązać ze sobą wszelkie elementy budowy wartości firmy. Tak zwana zrównoważona karta wyników (Balanced Scorecard) umożliwia efektywne ułożenie kaskady celów i odpowiedzialności na niższych poziomach firmy i pomiar efektywności pracy.

Cały system wynagrodzeń pracujący na wzrost wartości firmy wymaga wcześniejszego wdrożenia podstawowych zasad VBM. Istotne jest wyodrębnienie centrów wartości, dostosowanie systemów planowania oraz pomiaru i oceny wyników przedsiębiorstwa i bliskiej współpracy menedżerów.

Ważnym aspektem funkcji sprawowanej przez menedżera projektu jest przywództwo. Lider zespołu powinien wskazywać mu kierunki działań i motywować do realizowania przydzielanych zadań. Jeśli członkowie zespołu potrzebują wskazówek w związku z brakiem wiedzy dotyczącej metod realizacji swoich zadań i nie otrzymają takiej pomocy ze strony menedżera, prędzej czy później doprowadzi to do konfliktu. Menedżer projektu musi też skupić się na wzbudzeniu w swych pracownikach entuzjazmu i zaangażowania. Umieć dostosować się do sytuacji i mieć plan rozwiązania konfliktów, które mogą powstać w zespole lub wśród grup interesu. Powinien również zdobyć zaufanie i wsparcie grup interesu, a w większości przypadków musi to uzyskać, dysponując niewielką władzą. Nie może brakować mu innych cech dobrego lidera: odwagi moralnej, zaangażowania, umiejętności komunikowania się z innymi i wrażliwości. VBM nie jest oczywiście jedynym modelem, w który można wpisać system motywacyjny.

Takie płace!

Oczywiście podstawowym i niezrównanym czynnikiem skłaniającym do efektywnej pracy (także, a może przede wszystkim finansistów) jest wynagrodzenie. W tej branży były one i są nadal ściśle związane ze szczeblem zarządzania. Według portalu Wynagrodzenia.pl (dane za rok 2007) najmniej zarabiają pracownicy szeregowi: mediana ich wynagrodzeń wynosi 2,4 tys. złotych. Specjaliści natomiast otrzymują miesięczne uposażenie w wysokości 4,1 tys. złotych (mediana), czyli o 70,8 proc. więcej niż pracownicy szeregowi. W przypadku kierowników ich wynagrodzenie wzrasta w stosunku do płacy specjalistów o 39 proc. i wynosi ok. 5,7 tys. złotych. Na największe wynagrodzenie mogą liczyć dyrektorzy i prezesi. Połowa spośród nich zarabia od 6 do 20 tys. złotych. Ważnym elementem systemów motywacji pozostają bonusy pozapłacowe. Najczęściej oferowanym pracownikom bankowości świadczeniem dodatkowym jest bezpłatna opieka medyczna. Taki bonus otrzymuje co trzeci pracownik szeregowy, a w przypadku starszych specjalistów aż 63 proc. pracowników. Kolejnym pod względem popularności świadczeniem jest kredyt preferencyjny, czyli produkt ściśle związany z branżą. Najczęściej oferowany (29,2 proc.) jest on również starszym specjalistom. Najwięcej dodatków otrzymują dyrektorzy i prezesi. Ośmiu na dziesięciu spośród nich posiada telefon komórkowy, natomiast co drugi jeździ służbowym samochodem i ma do własnego użytku laptop od pracodawcy.

„Manager Magazine”, powołujący się na raporty roczne spółek giełdowych podaje, że ich szefowie są tradycyjnie jednymi z najlepiej wynagradzanych. W czołówce listy płac plasują się prominenci sektora bankowego: Jacek Kseń z BZ WBK (już nie jest prezesem), Sławomir Sikora z Citibanku Handlowego, Józef Wancer z Banku BPH, Jan Krzysztof Bielecki z Banku Pekao SA, Brunon Bartkiewicz z ING Banku Śląskiego, Włodzimierz Kiciński z Nordea Bank Polska, i Ronald Richardson z Kredyt Banku oraz Bogusław Kott z Banku Millennium. Przykład tego ostatniego jest zawsze chętnie przywoływany, przez lata bowiem przewodził w rankingu płac. W 2006 r. otrzymał wynagrodzenie 1,25 mln zł, stanowiące zaledwie niespełna 6 proc. dużego budżetu na pensje zarządu banku (łącznie: 21,6 mln złotych). Znalazł się on na drugim od końca miejscu na liście płac zarządu. Więcej od niego zarobili m.in. inny członkowie zarządu Millennium Banku: Zbigniew Kudaś, Wojciech Haase, Julianna Boniuk-Gorzelańczyk (każdy po blisko 3,3 mln złotych). Z kolei jedynie Sławomirowi Lachowskiemu, kierującemu wówczas BRE Bankiem, dzięki ponadprzeciętnemu wzrostowi kursu (98,8 proc.) udało się uciec do ćwiartki „drodzy, ale efektywni”. A aż 36 prezesów w 2006 r. zainkasowało siedmiocyfrowe wynagrodzenia. Z kolei według informacji „Pulsu Biznesu” roczne wynagrodzenia najlepiej zarabiających prezesów banków przekroczyły w zeszłym roku 5 milionów złotych; gazeta podaje, że tyle – dzięki ubiegłorocznym rekordowym wynikom banków – podobno osiągnęli Jacek Kseń, były prezes BZ WBK, Sławomir Lachowski, były prezes BRE Banku i prezes Józef Wancer z Banku BPH. Zwraca też uwagę na fakt, że pracujący w bankach cudzoziemcy zarabiają generalnie więcej niż rodzimi specjaliści, czego przykładem ma być prezes Banku Pekao SA Jan Krzysztof Bielecki (3,1 mln zł) wobec wiceprezesa Luigi Lovaglio (4,6 mln zł).

Wkrótce będziemy mieli nowe raporty za 2007 rok i interesujące nowe dane. Jednak zarobkami prezesów – jako czynnikiem motywacyjnym w ich pracy – nie należy się nadmiernie ekscytować. To dlatego, że 3, 4 czy 5 milionów złotych na pewnym pułapie dochodów nie ma już większego znaczenia. W przypadku top menedżerów o ich efektywności decydują już bardziej czynniki pozapłacowe: umiejętność motywacji, rozniecenia w sobie poczucia misji dla organizacji, pokonywania życiowych wyzwań czy nawet społecznej służby. (współpraca: Robert Azembski)

Robert Azembski

Źródło:  Miesięcznik Finansowy BANK


Jun 24 2008

Siła schematu czyli jak zbudować hotel na papierze.

Tag: Hotele i wypoczynekadmin @ 10:20 am

Artykuł ten adresuję do uczniów szkół hotelarskich, od których ostatnio otrzymuję dużo zapytań “o przykładowy projekt organizacyjny wraz ze schematem podległościowym pracowników dla hotelu …”.
A jeżeli ten artykuł kogoś z praktykujących hotelarzy skłoni do zastanowienia się nad strukturą obiektu którym zarządza - to mam nadzieję, że będzie to z korzyścią i dla niego i dla hotelu.

Skracając złożone teorie organizacji i zarządzania dotyczące struktur przedsiębiorstw: każdy hotel - to organizm złożony z komórek. By organizm mógł funkcjonować komórki muszą realizować wszystkie funkcje potrzebne organizmowi do życia. Efektywne życie organizmu jakim jest hotel wymaga, by komórki były wyspecjalizowane i nie dublowały się w działaniach. Z drugiej strony wyspecjalizowanie sprawia, że brak którejkolwiek z komórek powoduje dysfunkcję całego organizmu a w efekcie wstrzymanie jego funkcjonowania.

By jednak nie pozostawić niedosytu co do meritum przytaczam definicję:

“Struktura to instrument zarządzania organizacją (tu: hotelem). To uporządkowanie pozycji w organizacji według zasad podziału pracy, co wiąże się z określeniem specjalistycznych zadań, które muszą być wykonane, aby organizacja mogła funkcjonować i osiągać założone cele. To zgrupowanie ról organizacyjnych w większe całości, podsystemy: sekcje, wydziały, zakłady, piony - gdzie następuje obarczenie odpowiedzialnością za sprawną realizację zagregowanych zadań poszczególnych komórek organizacyjnych, a zwłaszcza kierowników tych podsystemów. To w końcu podział władzy i informacji w ramach organizacji, a więc uporządkowanie pionowego podziału pracy w ramach szczebli struktury (poziomów jej hierarchii).”*)

Uff - cóż to znaczy definicja akademicka! Idźmy dalej ….
Schemat organizacyjny to hotel narysowany na papierze. Wskazuje podległości służbowe, zakresy zależności funkcjonalnych i merytorycznych. Ze schematu doświadczony menadżer od zarządzania i organizacji może dużo wyczytać na temat efektywności obiektu, jego silnych i słabych (organizacyjnie) stron.

By hotel mógł sprawnie funkcjonować w rzeczywistości rynkowej potrzebne są struktury:

*

produkcyjne i administracyjne.

Do struktury produkcyjnej zaliczymy te wszystkie komórki, które przyczyniają się w sposób bezpośredni do “wyprodukowania” jednostki mieszkalnej gotowej do sprzedaży, sali konferencyjnej przygotowanej do wynajmu, czy posiłku - gotowego do wydania na salę.

Do struktury produkcyjnej schematu zaliczają się z pewnością:

*

komórka odpowiadająca za przygotowanie jednostek mieszkalnych do sprzedaży oraz ciągów komunikacyjnych do użytkowania - najczęściej nazywana służbą pięter,
*

komórka odpowiadająca za przygotowanie posiłków i napoi do sprzedaży - nazywana gastronomią.

Dwie powyżej opisane komórki mogą mieć różną liczebność i złożoność wewnątrzkomórkową zależną od wielkości obiektu hotelowego oraz realizowanych przez obiekt funkcji.

By klient trafił do hotelu potrzebny jest szereg działań rynkowych, które w efekcie powinny przekonać klienta do wyboru tego właśnie a nie innego hotelu. Działania te realizuje komórka, która fizycznie niczego w hotelu nie produkuje, bez niej jednak współczesny zakład hotelowy nie ma racji bytu.

*

Komórka ta najczęściej nazywana jest: marketing i sprzedaż.

Na drodze klienta, który już staje się Gościem (a więc przekracza progi hotelu) staje kolejna komórka, realizująca zarówno funkcje marketingowe, sprzedażowe jak i odpowiadająca za bezpośrednią obsługę gościa.

*

To recepcja.

Obsługuje ona pobyt Gościa od chwili otrzymania z komórki marketingu i sprzedaży informacji (najczęściej w postaci wpisu do komputerowego systemu recepcyjnego) o przyjęciu rezerwacji dla danego Gościa, aż po opuszczenie przez Gościa terenu hotelu - czyli przesłania dokumentów związanych ze zrealizowanym pobytem Gościa do księgowości hotelu.

*

Skoro pojawiła się księgowość to od razu scharakteryzujmy sobie kolejną niezbędną komórkę organizmu hotelowego.

Księgowość prowadzi pełną dokumentacyjną obsługę hotelu - do niej spływają wszelkie dokumenty finansowo-księgowe jaki pojawiają się w codziennym życiu hotelu. Faktury za zakupy, dowody dostaw, faktury za zakupione usługi, wydatki dokonywane na potrzeby pracowników, inwestycje, przedpłaty, zadatki, faktury pro-forma dla kontrahentów, rachunki kredytowe, faktury dla gości, rozliczanie imprez firmowych itd. itp.
Tysiące dokumentów jakie generuje każdy działający obiekt - są tu przerabiane zgodnie z obowiązującymi przepisami fiskalno-księgowymi.

Potrzebny jest jeszcze ktoś, kto wymieni zepsutą żarówkę, odetka zapchaną umywalkę, naprawi krzesło, będzie potrafił opanować skomplikowany i rozbudowany technicznie obiekt jakim jest współczesny hotel. Komórka która się tym zajmuje jest stosunkowo mało widoczna na zewnątrz. Ot, od czasu do czasu jej pracownik wejdzie, wezwany do pokoju gościa - wyregulować telewizor czy też wymienić żarówkę w lampie.

*

Hydraulik, elektryk, stolarz, ogrodnik, pracownik gospodarczy czy pracownik techniczny - to osoby pracujące w komórce technicznej.

Do sprawnego funkcjonowania hotelu potrzebne są jeszcze pojedyncze, samodzielne osoby realizujące takie funkcje jak:

* sekretarka,
* specjalista ds. bezpieczeństwa i higieny pracy,
* specjalista ds. kadr,
* radca prawny,
* specjalista ds. przeciwpożarowych,
* osoba zajmująca się zaopatrzeniem,
* informatyk zarządzający siecią,

Od czego zależy - poza przypisaniem funkcji - i jak wygląda schemat organizacyjny hotelu?

1. Od zakresu działalności podmiotu będącego właścicielem hotelu.

*

Jeżeli właściciel hotelu nie prowadzi żadnej innej działalności poza hotelową - schemat hotelu musi zawierać wszystkie komórki niezbędne do prawidłowego funkcjonowania.
*

Jeżeli hotel to tylko jeden z kilku (wielu) profili działalności firmy - niektóre komórki nie występujące w schemacie hotelu mogą być zlokalizowane np. w schemacie organizacyjnym firmy.

Przykład:
Firma prowadząca kilka działalności jak: hurtownia artykułów meblowych, sklep RTV-AGD, hotel, stacja paliw - ma jeden rozbudowany dział księgowości zlokalizowany w strukturze firmy przy spółce, a nie przy hotelu. W sytuacji takiego przedsiębiorstwa podobnie będzie z komórką ds. kadr.
Podobnie wygląda sytuacja firmy, która ma kilka, kilkanaście hoteli. W tym przypadku również niektóre komórki mogą być umieszczone np. w schemacie organizacyjnym biura zarządu firmy.

2. Od wielkości hotelu

*

Mały rodzinny hotelik, mający kilkanaście pokoi i małą salkę restauracyjną - nie musi mieć schematu organizacyjnego. Najczęściej pracuje w nim kilka osób (np. jest to biznes rodzinny), wykonujących różne funkcje w zależności od potrzeb.

Przykład:
Głowa rodziny może realizować zarówno funkcje techniczne jak i być np. kucharzem. Żona może prowadzić księgowość, pracować w recepcji i czasami sprzątać pokoje. Córka również pracuje w recepcji i sprząta pokoje. Syn prowadzi zaopatrzenie i pełni funkcje sprzedażowe.
W przypadku pełnego obłożenia - w sezonie - pomaga sąsiadka i jej dwie córki. Po co tu schemat?
Drugi koniec skali to duże hotele kongresowe mające blisko 1000 pokoi i olbrzymie centra kongresowe.
Tu schemat organizacyjny jest wielopoziomowy i bardzo rozbudowany. Pojawiają się komórki kontrolne zlokalizowane na różnych poziomach schematu. Główne piony na schemacie pozostają takie same, jak w przypadku hoteli małych, są one jednak znacznie bardziej rozbudowane.

To dwie podstawowe zmienne określające nam - (przy założeniu, iż wiemy jakie funkcje realizuje hotel) jak będzie wyglądał schemat organizacyjny obiektu.

Poniżej prezentuję dwa schematy organizacyjne funkcjonujących obiektów hotelowych.
Każdy schemat opatrzony jest komentarzem określającym uwarunkowania w jakich usytuowany jest hotel.

Schemat I
Schemat II

A to schemat, który moim zdaniem dobrze pokazuje jak powinien wyglądać hotel na papierze:

Schemat organizacyjny hotelu

Zaprezentowany schemat, nie jest schematem idealnym, wzorcowym. Takiego idealnego schematu po prostu .. nie ma. Schemat, który zaprezentowałem jako trzeci umożliwia jednak prawidłowe zaprogramowanie funkcji i odpowiedzialności komórek średniej wielkości hotelu mającego 3, 4 gwiazdki.

Jacek PIASTA

Źródło: hotelarze.pl


Jun 24 2008

Firmy zmuszają pracowników do nielegalnych umów

Tag: Budownictwo i inne, biznes, gospodarkaadmin @ 10:08 am

W ubiegłym roku co trzeci wniosek o usunięcie nieprawidłowości, kierowany do firm przez inspektorów pracy, dotyczył nawiązywania i rozwiązywania umowy o pracę. Prawnicy podkreślają, że coraz częściej pracodawcy wykorzystują niejasne przepisy prawa pracy, różnice w ich interpretacji oraz brak orzecznictwa do ograniczenia praw pracownika lub zobowiązania ich do konkretnego zachowania.

A w takich sytuacjach udowodnienie, że złamali prawo, jest trudne i zawsze zależy od okoliczności sprawy.

Utrudnione rozstanie

Przykładem stosowania niedozwolonych klauzul w umowach o pracę jest pozbawienie pracownika możliwości jej wypowiedzenia przez określony czas, na przykład dwa lata.
Firmy często wiedzą, że umieszczanie takich zapisów w umowie jest bezprawne, ale liczą na to, że nie wie tego pracownik i dwa razy się zastanowi zanim złoży wypowiedzenie - mówi Arkadiusz Sobczyk, radca prawny z Kancelarii A. Sobczyk i Współpracownicy.

Podobnym przykładem jest zawieranie w umowach lub regulaminach pracy kar porządkowych za zachowanie lub działania, które zgodnie z kodeksem pracy nie powinny być w ten sposób karane. Na przykład za nieprzestrzeganie ustalonej w firmie organizacji pracy szef może nałożyć na pracownika karę upomnienia lub nagany, ale nie karę pieniężną.
Pracodawcy powinni zdawać sobie sprawę, że nie mogą dowolnie kształtować systemu kar i zastosować je np. wobec pracownika, który wypełnia swoje obowiązki, ale szef sądził że będzie bardziej wydajny - mówi Katarzyna Grzybowska, prawnik z kancelarii Michałowski, Stefański Adwokaci.

W takich sytuacjach pracodawcy mogą zastosować jednak inne metody, które zmotywują podwładnych do pracy. Zamiast niezgodnie z prawem nakładać na nich kary pieniężne, mogą na przykład obniżać lub nie przyznawać im premii.

Zakazane pytania o ciążę

Na nieuczciwych pracodawców muszą też uważać przyszli rodzice, w tym zwłaszcza kobiety. W trakcie nawiązywania stosunku pracy powinni sprawdzać, czy przyszły pracodawca wbrew przepisom nie zawarł w niej klauzuli, na podstawie której zrzekają się np. prawa do obniżenia wymiaru czasu pracy w okresie, w którym mogliby korzystać z urlopu wychowawczego. Klauzula taka z mocy prawa jest nieskuteczna, bo umowa o pracę nie może ograniczyć uprawnień pracownika, jakie przewiduje kodeks pracy. Jednak podobnie jak w przypadku pozbawiania prawa do wypowiedzenia umowy o pracę przez określony czas, firmy liczą na to, że pracownicy nie zdają sobie z tego sprawy i nie będą starać się o obniżenie wymiaru czasu pracy.

Już na etapie rekrutacji pracodawcy pytają kobiety, czy planują dziecko. Zdarzały się nawet przypadki, że żądali przedstawienia zaświadczeń od lekarza o tym, że nie są w ciąży - mówi Marta Krawczyńska z Centrum Praw Kobiet.

Czy dozwolona jest klauzula o odpowiedzialności majątkowej za mienie, którego pracownikowi nie można powierzyć, tj. takie, którym nie może dysponować - np. za tramwaj? W jakich przypadkach wprowadzenie do umów o pracę klauzul bezwzględnie zabraniających podejmowania jakiejkolwiek pracy u innego pracodawcy - jest legalne? Kiedy zobowiązanie pracownika do tego, aby odbierał telefon służbowy także poza godzinami pracy jest zgodne z prawem? Czy szkolenia w weekendy należy wliczać do czasu pracy? Dlaczego zgodne z prawem porozumienie z pracodawcą może być niekorzystne dla pracownika - np. w przypadku umów o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy?

Źródło: Gazeta Prawna


Jun 23 2008

Czy ktoś tu jeszcze rządzi?

Tag: Polityka, biznes, gospodarkaadmin @ 10:20 am

Zamiast odpowiadać na trudne i zasadnicze pytania dotyczące naszej codzienności zarówno przedstawiciele władz, jak i media zajmują się wyłącznie tematami zastępczymi, a te sprzedają się jak świeże bułeczki. Tymczasem trzeba nam silnego państwa i mądrych przywódców, bo nadchodzą ciężkie czasy, choć wielu jeszcze nie dostrzega tego zagrożenia.

– Właśnie rozpoczęła się ogólnokrajowa wojna o „klapsa”, w którą zaangażowano najwyższe autorytety w państwie. Media są pełne niepokoju, czy premier pojedzie na EURO 2008, by kibicować polskiej reprezentacji. Powstają listy protestacyjne, pełne oburzenia, prominentnych polityków dawnej Unii Wolności, wyrażające sprzeciw i obrzydzenie w sprawie książki, która się jeszcze nie ukazała.

Szeryf w spódnicy Platformy Obywatelskiej strzela ślepakami, ogłaszając całej Polsce wykrycie gigantycznej afery i nadużyć w wydatkach opłacanych służbową kartą, nabycia 10 dkg dorsza za 8,16 zł. Zaś najprzystojniejszy, według internautów, poseł rządzącej partii obwieszcza Polakom, że benzyna praktycznie nie zdrożeje, a jeśli to zaledwie o niewielkie 3 proc., zapominając o gigantycznym wzroście cen oleju napędowego, a ten jest dla gospodarki przecież najważniejszy.

Słabość Polski

Na świecie dzieje się inaczej – rząd francuski zmusza firmę TOTAL do wpłaty 100 mln euro na rzecz najbiedniejszych. W Korei Południowej rząd postanawia dofinansować ludność kwotą 10 mld dolarów w związku ze wzrostem cen paliw. Trudno się więc dziwić, że w Polsce transportowcy zapowiadają strajk. A my w ramach taniego państwa będziemy mieli obok Ministerstwa Sprawiedliwości, kolejny urząd Prokuratora Generalnego.

Media informują, że warszawski ZUS wysyła oświadczenia do emerytów, by potwierdzić, że jeszcze żyją. Informuje się nas, że jest już dobrze i że w funduszach inwestycyjnych można kupować jednostki uczestnictwa, podczas gdy specjaliści stwierdzają, że w maju wycofano z funduszy ponownie pieniądze w kwocie ok. 1 mld zł.

Polityka rozsądku

Tzw. specjaliści od gospodarki zachwycają się silnym złotym i tym, że dług zagraniczny Polski zmniejszył się o 4 mld zł, nie przejmując się zbytnio tym, że rezerwy walutowe w 2007 r., czyli tzw. polskie zaskórniaki albo inaczej zapasy na czarna godzinę spadły aż o blisko 12 mld zł i spadają dalej. Rok 2008 będzie nas i NBP kosztował jeszcze więcej, ale o tym przecież wielokrotnie uprzedzał i pisał Cezary Mech.

Tymczasem były wiceprezes NBP, odpowiedzialny za te straty, w poczytnym tygodniku opowiada, że trudno było przewidzieć taki spadek dolara i że świetnie zarządzał polskimi rezerwami walutowymi. Problem w tym, że dolar spada już drugi rok z rzędu i każdy rozsądny Polak już dawno przewalutował swoje oszczędności.

Co będzie z EURO?

Media informują nas, że Niemcy stracą na odebraniu nam przez UEFA Euro 2012, nie przywiązując uwagi do tego, że na drogi zabraknie nam co najmniej 30 mld zł, nie wspominając już o tym, że może zabraknąć również prądu. Opóźnienia w realizacji wydatków budżetowych w tym roku, wynoszą już jak na razie 11 mld zł, zaś GDDKiA wydała zaledwie 15 proc. swojego budżetu z 21 mld zł, jakimi na ten cel (na drogi i autostrady) dysponuje Ministerstwo Infrastruktury w 2008 r.

Analitycy i komentatorzy medialni równorzędnie traktują sprawę likwidacji abonamentu dla emerytów i rencistów i fakt, że tylnymi drzwiami Ministerstwo Pracy chce zlikwidować emerytury pomostowe dla 900 tys. osób i wprowadzić nowe zasady wypłaty rent z tytułu niezdolności do pracy wzorowane na II filarze OFE. Oczywiście będzie to niekorzystne, zwłaszcza dla młodych ludzi, bo obniżające i tak już głodowe renty na poziomie 450 – 550 zł, czyli na poziomie minimum egzystencji.

Rowery jako transport

Choć pocieszającą wiadomością jest fakt, że w Warszawie powstanie wypożyczalnia rowerów, znacznie bardziej przykrą jest ta, że rząd i Sejm wstrzymały praktycznie prace nad najważniejszymi projektami ustaw zdrowotnych i nie tylko. Podobno niektóre projekty były wręcz kompromitująco nieprofesjonalne. Rowery choć zdrowe, problemu nie rozwiążą.

Właśnie Ministerstwo Rozwoju Regionalnego promowało szefa Ministerstwa Infrastruktury, że wartość inwestycji, które Cezary Grabarczyk zgłosił do listy projektów kluczowych Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko, reklamowanego doskonale w telewizjach komercyjnych, przewyższa dostępne środki aż o 3 mld zł. Trzeba będzie zrezygnować aż z 14 inwestycji drogowych, więc rowery mogą się przydać.

Media, politycy i dziennikarze zachwycają się kolejnymi wypowiedziami posła Janusza Palikota, nie dostrzegając problemu, że już obecnie polskie prawo nakłada na naszych przedsiębiorców blisko 5 tys. różnych obowiązków i powinności, a co druga reglamentacja jest wynikiem przepisów unijnych i będzie ich przybywać, bo Unia nie śpi, ot choćby nowa dyrektywa REACH.

Reprywatyzacja z prywatyzacji

Zapowiedziano nam, że w 2010 r. zlikwidowany zostanie Narodowy Fundusz Zdrowia, a na jego miejsce powstanie 6 – 7 NFZ regionalnych. Większy problem jednak w tym, że już w lipcu NFZ wprowadza nowe zasady rozliczania szpitali za leczenie. Likwiduje katalog zabiegów – to prawdziwa rewolucja – na którą nie tylko pacjenci i szpitale są absolutnie nieprzygotowani. Będzie bałagan, ale o tym media niewiele mówią.

A przed nami jesień i obiecana przez rząd reprywatyzacja. Wartość majątku do zwrotu między 75 – 153 mld zł. 20 mld zł ma być wypłaconych przez środki pochodzące z funduszu reprezentacyjnego, a jego dochody mają z kolei pochodzić z prywatyzacji resztek majątku narodowego, z budżetu państwa i budżetu Warszawy. Na razie fundusz reprywatyzacyjny ma zaledwie 2 mld zł. Niewątpliwie wpłynie 100 – 150 tys. wniosków w tym od obywateli Niemiec, USA i Izraela. Skąd wziąć resztę pieniędzy?

Problem zadłużenia

Era tanich kredytów bezpowrotnie minęła i szybko nie wróci. 5,5 proc. – tyle wynosiło oprocentowanie kredytów hipotecznych w PLN w 2007 r., dziś wynosi 7,5 proc. i nadal rośnie. Raty kredytów mieszkaniowych wzrosły w ciągu roku o blisko 20 proc. Zadłużenie Polaków galopuje. Na samych kartach kredytowych przekroczyło 10 mld zł. 1,5 mln Polaków zalega ze spłatą kredytu. 50 proc.

Polaków nie ma żadnych oszczędności ani konta w banku. Wszyscy liczyli na to, że Unia da pieniądze, uprości i rozwiąże problemy codziennego życia. Wykorzystanie unijnych środków idzie wręcz dramatycznie. Z budżetu 2004 – 2006 pozostało aż 1 mld 700 mln euro. Zostało zaledwie sześć miesięcy i w razie niewykorzystania tych środków trzeba je będzie oddać. Z budżetu 2007 – 2013 z sumy 68 mld euro wykorzystaliśmy na razie 4,5 mln zł, czyli zaledwie ułamek procenta, a mamy połowę 2008 r. Jedynie na reklamy telewizyjne zdążono wydać aż 168 mln zł.

Przerzucanie problemów

Lekarstwem na brak pomysłów i wizji gospodarczej czy po prostu zwykłej nieudolności i lenistwa rządzących, ma być totalna decentralizacja. Skoro władza centralna nie radzi sobie, to oddaje władzę samorządowcom, pozbywając się problemów. Sęk w tym, że tam też rządzą politycy, głównie tych samych partii. Samorządy po edukacji, kulturze, kolei mają teraz przejąć szpitale, drogi krajowe, budowę oczyszczalni i regionalne rozgłośnie radiowo-telewizyjne. Są nawet pomysły, by starostowie płacili policji.

Czy rząd już wkrótce dorzuci samorządowcom sądy, wojsko i służby specjalne? Wtedy niewątpliwie będziemy mogli ogłosić praktycznie rozbicie dzielnicowe, nawet nie landyzację, a raczej coś na kształt samorządów Rzeczpospolitej, ale pisanej z małej litery. To niewątpliwie stwarza realne niebezpieczeństwo.

Majątek samorządów jest ogromny i w dużej mierze jeszcze nie sprywatyzowany. Szacunki mówią, że to wartość nawet ok. 500 mld zł. Słabe państwo ze słabą władzą totalnie dekoncentrującą wszystkie swoje konstytucyjne obowiązki może być bardzo groźne dla obywatela.

Władza zza krat?

Czy prezydenci Poznania czy Olsztyna, którzy sami mają kłopoty z wymiarem sprawiedliwości, rozwiążą problemy służby zdrowia, komunikacji, mieszkań, przedszkoli? Oddanie gigantycznej władzy i olbrzymiego majątku z perspektywą praktycznej nieodwoływalności z możliwością rządzenia nawet zza krat więziennych, będzie rodzić gigantyczne pokusy. Tworzenie prawdziwej mafii, która utrąci i wykluczy każdego oponenta jest całkiem realne.

Wymyślając nowoczesną Rzeczpospolitą, tę pisaną z dużej litery, możemy otrzymać w efekcie konfederacje klanów rodzinnych. Prywatyzacja władzy państwowej jest znacznie groźniejsza i trudniejsza do naprawiania niż prywatyzacja przedsiębiorstwa nawet najbardziej skandalicznej. Lepiej nie wracajmy do urzeczywistniania haseł „Cała władza w ręce Rad” lub „Szlachcic na zagrodzie – równy wojewodzie”.

Modlitwa zamiast działań

Idą ciężkie czasy. Rosja właśnie podwyższyła cło eksportowe na ropę aż o 57 USD do kwoty 398 USD. PGNiG zapowiada kolejną podwyżkę cen gazu. Okazuje się, że ulica Nowy Świat jest droższa od ulicy w Las Vegas, a 27 ministrów Unii Europejskiej zgodziło się, by można było wydłużyć czas pracy z 45 do 65 godzin tygodniowo. Przypomnijmy, że we Francji obowiązkowe jest tylko 35 godzin tygodniowo.

Tymczasem na apel naczelnego „Tygodnika Powszechnego” media zastanawiają się, czy siatkarka Agata Mróz nie powinna być ogłoszona świętą. Milczą natomiast, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości nakazał zwrot Polakom 700 mln zł bezprawnie pobranych za badania techniczne importowanych aut oraz zwrot VAT od importowanych samochodów i paliwa do prywatnych samochodów, używanych do celów firmowych.

Widać, że jest źle?

Wszystkie wskaźniki zaufania obniżają się i zwiastują recesję, zarówno w USA, Unii Europejskiej, jak i w Polsce. Wyraźnie pogarszają się nastroje konsumenckie w USA – są najgorsze od 28 lat. W strefie euro gorsze są zarówno nastroje biznesu jak i gospodarstw domowych. Spadek sprzedaży detalicznej w strefie euro jest największy od 10 lat. Rosną koszty utrzymania i pogłębia się zapaść na rynku nieruchomości w Anglii i Irlandii.

W maju wg danych GUS pogorszyła się koniunktura gospodarcza i konsumencka. Przedsiębiorcy gorzej oceniają sytuację w kraju. Naszym eksporterom, zwłaszcza tym, których właścicielami nie są zagraniczne koncerny oraz małym i średnim przedsiębiorstwom eksportuje się coraz trudniej. Ciekawe, co zrobi rząd, kiedy pod koniec 2008 r. euro będzie kosztować 3,05 zł, a dolar 2 zł.

Problem to pensje

Mamy wolniejszy napływ nowych zamówień do przedsiębiorstw. Dziś odczuwają to również eksporterzy. Wydaje się, że zarówno popyt krajowy, jak i zagraniczny oraz ceny żywności i inflacja na jesieni ostro poszybują w górę. Zaczną rosnąć zdecydowanie szybciej niż wzrost wynagrodzeń. Boom mieszkaniowy w naszym kraju zatrzymał się. Blisko 30 proc. nowych mieszkań nie znajduje nabywców, reszta może zostać niesprzedana.

Małym eksporterom grozi bankructwo. Kredyty hipoteczne i konsumpcyjne stają się zbyt drogie. Coraz większa liczba Polaków ma problemy ze spłatą zaciągniętych zobowiązań – to już blisko 1,5 mln osób, a są to kwoty ok. 7 mld zł. A minister finansów Jacek Rostowski twierdzi, że jedynym problemem polskiej gospodarki, który może osłabić nasz wzrost gospodarczy, są rosnące płace Polaków.

Tematy zastępcze

Malejącym zamówieniom towarzyszy wzrost zapasów wyrobów gotowych w magazynach, a to może zapowiadać ograniczenie produkcji już w najbliższej przyszłości i zmniejszenie mocy wytwórczych, zwłaszcza w przemyśle. Zyski przedsiębiorstw zaczynają spadać. Presja płacowa będzie nadal bardzo silna. Protesty społeczne będą narastać. Trzeba nam silnego państwa i mądrych przywódców, bo idą ciężkie czasy, choć wielu jeszcze nie dostrzega tego zagrożenia, promując wyłącznie tematy zastępcze, wiedząc o tym, że fakty medialne łatwo zastąpią prawdziwe problemy.

Janusz Szewczak

Źródło: Gazeta Finansowa


Jun 23 2008

W czasie bessy wyższe zyski niż akcje mogą przynieść monety

Tag: biznes, gospodarkaadmin @ 10:18 am

Dla tych, co na giełdowej bessie stracili już za dużo, ciekawą propozycją może być inwestowanie w monety. Numizmatyka może być nie tylko hobby, ale i dobrą inwestycją.

W ostatnich tygodniach spadki na GPW pogłębiły się. Od początku miesiąca główny indeks warszawskiej giełdy stracił około 20 proc. W takiej sytuacji warto się rozejrzeć za alternatywnymi wobec rynków kapitałowych sposobami lokowania pieniędzy. Oprócz inwestycji na rynkach finansowych (obligacje, waluty), produktowych (ropy czy produktów rolnych) warto sięgnąć po bardziej tradycyjne sposoby lokowania gotówki - np. numizmatykę. Zbieranie monet może się kojarzyć z dzieciństwem. Jednak od kilku lat polski rynek numizmatyczny zaczął rozwijać się bardzo dynamicznie. Według różnych szacunków jest wart 250-300 mln zł.

- Ceny monet rosną szybciej niż jakichkolwiek innych inwestycji - mówi Adam Zieliński, dyrektor firmy Skarbnica Narodowa, oferującej monety i medale numizmatyczne. Wyemitowana w 1996 roku kolekcjonerska moneta 10-złotowa Król Zygmunt II August - półpostać sprzedawana wówczas w cenie 38 zł, dzisiaj jest warta ponad 4 tys. zł. Niewykluczone, że za kilka, kilkanaście lat podobnie wzrośnie wartość bardzo popularnych w tym roku kolekcji związanych z olimpiadą w Pekinie czy mistrzostwami Europy w piłce nożnej w Austrii i Szwajcarii. Srebrne i złote monety kolekcjonerskie poza wartością kruszcu, z którego zostały wybite, posiadają zdecydowanie wyższą wartość rynkową, zależną m.in. od nakładu, stanu zachowania oraz mody panującej na rynku, przy czym ceny emisyjne monet kolekcjonerskich są dużo wyższe niż ich nominał i realna wartość kruszcu. Zazwyczaj zyskują szybko na wartości ze względu na niskie limitowane nakłady oraz walory artystyczne. Niektóre, najbardziej poszukiwane przez numizmatyków, w ciągu kilku miesięcy generują zyski wielokrotnie przewyższające stopy zwrotu płynące z rynków akcji i obligacji. Na wzrost zainteresowania monetami duży wpływ ma hossa na światowych giełdach metali szlachetnych, gdzie ceny złota i srebra rosną od kilku miesięcy.

Podstawową wiedzę na temat numizmatów łatwo można zdobyć w internecie. Przydatne informacje oferują m.in. Narodowy Bank Polski (www.nbp.gov.pl), notowana na giełdzie Mennica Polska (www.mennica.com.pl) i wyspecjalizowane portale (np. www.emonety.pl, www.numizmaty.pl). Inwestowanie w monety możemy rozpocząć od stosunkowo niewielkich kwot.

SZERSZA PERSPEKTYWA - ŚWIAT

Oprócz monet kolekcjonerskich istnieją również monety bulionowe, bite przez państwowe mennice z metali szlachetnych (głównie ze złota, srebra i platyny) w nieograniczonych nakładach. Są bite z niską marżą i przeznaczane na cele lokacyjne. Najbardziej popularne to pochodzący z RPA Krugerant, Kanadyjski Liść Klonowy, Australijski Samorodek, Brytyjski Britannia oraz Amerykański Orzeł. Ich ceny zależą od ceny złota na londyńskiej giełdzie, kursu dolara oraz kosztów produkcji.

Źródło: Gazeta Prawna


Jun 20 2008

Krach nieruchomościowy. Czy trzeba się bać?

Tag: Budownictwo i inne, biznes, gospodarkaadmin @ 10:16 am

Spadają ceny mieszkań i domów. Raty kredytów duszą właścicieli nowych, nagle tracących na wartości mieszkań. Spadają zyski firm budowlanych, indeksy giełdowe, za tym idzie recesja i wzrost bezrobocia. Taki dramat spotkał niedawno USA i Hiszpanię - dwa kraje, które uwierzyły, że dobra koniunktura na mieszkania może trwać wiecznie. Właśnie okazało się, że po raz pierwszy od lat w Polsce rośnie liczba bankructw firm budowlanych. Czy to początek domina i powtórka czarnego scenariusza w Polsce?

- Wczoraj dostałam pismo z banku. Piszą po prostu, że mój dom idzie na licytację - raty urosły tak mocno, że nie mam wyboru - takie opowieści jak ta, której Pamela Dorsey, mieszkanka miasteczka Inglewood w Kalifornii przedstawiła radiu BBC, nie są w USA rzadkim przypadkiem. “Największy kryzys jaki pamiętają żyjący” - czyli amerykańskie problemy z “subprime mortgage” i spadkiem wartości nieruchomości, dotknęły już miliony ludzi. Czy Polacy mogą doświadczyć podobnej traumy?

W XXI wiek Amerykanie wchodzili z optymizmem. Alan Greenspan, ówczesny szef banku centralnego FED, obniżał stopy procentowe, taniały więc pożyczki, a wraz z nimi, w zadziwiającym tempie, rosła zdolność kredytowa amerykańskich rodzin. Niezależnie od dochodów zawsze znajdował się jakiś pożyczkodawca, skłonny podać pomocną dłoń. Już prawie każdego było stać na własny, wymarzony biały domek na przedmieściach.

Co się stało w Ameryce?

Na przykład pracowników sezonowych Alberto i Rosy Ramirezów z Kalifornii, których szeroko opisywany przez media przypadek stał się symbolem krachu na rynku nieruchomości. Para zarabiając na zbieraniu truskawek 300 dolarów tygodniowo, uzyskała wspólnie z drugą rodziną o podobnych dochodach pożyczkę o wartości 720 tys. dolarów na dom z czterema sypialniami i dwiema łazienkami. Tymczasem roczne dochody pana Ramireza, na którego został udzielony kredyt, wynosiły tylko 15 tys. dolarów! Z grubsza biorąc oznacza, że umowę pożyczki na apartament za 1,6 mln złotych podpisał Kowalski zarabiający niecałe 3 tys. złotych miesięcznie.

Kiedy Ramirezowie wprowadzili się do nowego domu raty kredytu, który miał wynieść 4,8 tys. dolarów na dwie rodziny, skoczyły od razu do 5,3 tys. dolarów. Agent nieruchomości zapewniał ich, że mimo niskich dochodów, dzięki refinansowaniu pożyczki będą w stanie spłacać raty. - Czasami nie dojadaliśmy - mówiła Rosa Ramirez portalowi SFGate. Okazało się, że ani nowe pożyczki, ani praca na kilka zmian, nie wystarczały na rosnące raty kredytu. Rodzina Ramirezów przestała płacić, a prośby o renegocjowanie warunków pożyczki spotykały się z chłodną odmową tych samych firm, które wcześniej tak gorąco zachęcały do kupna domu. Wkrótce komornik zajął nieruchomość.

Teraz co miesiąc, wobec grubo ponad 200 tysięcy domów w USA, wszczynana jest egzekucja komornicza. Niegdyś wygodne, tętniące życiem przedmieścia zamieniają się w najlepszym razie w pustynie. Częściej jednak w slumsy.

Rozbite okna, zarastające trawniki, niszczejące i opuszczone domy - obrazki dotychczas oglądane tylko w filmach katastroficznych, to nowa twarz przedmieść. W podmiejskim Lee County na Florydzie, gdzie już jedna czwarta domów stoi pusta, rozbojów jest prawie o 60 proc. więcej, włamań o 35 proc.

Problemy ze ściągnięciem należności od szerokiej rzeszy pożyczkobiorców potężnie zachwiały finansami takich gigantów jak CitiBank, który na kredytach “subprime” stracił prawdopodobnie od 8 do 11 miliardów dolarów.

W USA na kryzys wywołany nieodpowiedzialnymi decyzjami kredytowymi instytucji finansowych nałożyła się fala drożyzny wywołana wysokimi cenami ropy naftowej. Firmy nie mogą sprzedać domów. To może doprowadzić do fali bankructw, nie tylko samych deweloperów, ale ściśle ze sobą powiązanych firm branży budowlanej, czyli np. przedsiębiorstw produkujących materiały budowlane i wyposażenie domów. Pracę tracą robotnicy, handlowcy i pośrednicy nieruchomości. Bezrobocie w USA wzrosło w maju do 5,5 proc. - to aż o pół procenta więcej niż w kwietniu. Jest to największy jednorazowy skok bezrobocia od ponad dwudziestu lat.

Hiszpańskie memento

Zdawałoby się, że statecznej Europie nie grozi szaleństwo na podobną skalę. Ale spójrzmy na Hiszpanię. Przez 14 lat należała do najszybciej rozwijających się gospodarek w Europie. Budowano tam co roku więcej mieszkań niż w Niemczech i Włoszech razem wziętych. Ten wzrost Hiszpanie zawdzięczali m.in. Niemcom i Brytyjczykom, których porwała wizja własnego domku pod gorącym hiszpańskim słońcem.

Hiszpanie pławili się w efektach gospodarczej prosperity aż do ubiegłego roku, kiedy po 14 latach wzrostu cen nieruchomości bańka w końcu pękła. Od razu w górę ruszyła inflacja, a bezrobocie wzrosło o 2,3 procenta w ciągu zaledwie jednego miesiąca, kiedy pracę straciły dziesiątki tysięcy pracowników firm budowlanych i współpracujących z nimi producentów i usługodawców.

Spadek cen nieruchomości dotkliwie uderzył po kieszeni ludzi, którzy wierzyli, że wzrost gospodarczy będzie trwał wiecznie. Teraz nie mogą ani sprzedać, ani spłacić przewartościowanych nieruchomości, bo rynkowa cena kupionej na kredyt nieruchomości spadła poniżej wartości zaciągniętej pożyczki. Kredytobiorca nie może uwolnić się od długu nawet sprzedając posiadane mieszkanie lub dom.

Akcje hiszpańskiego dewelopera Astroc poleciały w dół aż o 60 proc. Właściciel firmy Enrique Banuelos, który miał stać się hiszpańskim Abramowiczem, z dnia na dzień wyleciał z listy multimiliarderów miesięcznika Forbes. “Kraj ma za dużo nieruchomości, domy są ponad miarę zadłużone, a deweloperzy wciąż budują” - tak analitycy z Lombard Street Research opisali hiszpańską bańkę.

Czy tak może być w Polsce?

W przebiegu kryzysu nieruchomościowego można wymienić kilka typowych elementów. Najpierw stagnacja i obniżki cen mieszkań i domów. Później można się spodziewać reakcji giełdy. Firmy budowlane są raczej obowiązkowym walorem w portfelach inwestorów giełdowych, więc prawie wszyscy tracą. Kłopoty firm budowlanych oznaczają zwolnienia. Osoby, które kupiły mieszkania w szczycie “szału zakupów” tracą nawet połowę zainwestowanych pieniędzy i mają problemy ze spłatą rat kredytowych. Ludzie ograniczają konsumpcję i spada produkcja w innych branżach. W stanie gospodarczej stagnacji, lub nawet recesji w końcu zaczyna rosnąć bezrobocie.

Czy taki czarny scenariusz może się spełnić u nas?. Właśnie firma ubezpieczeniowa Euler Hermes opublikowała raport o polskim rynku nieruchomości. Twierdzi, że bańka nieruchomościowa powoduje już bankructwa mniejszych firm budowlanych.

- Zahamowanie wzrostu cen mieszkań oraz nieuwzględnienie - zwłaszcza przez nowych inwestorów - wyższych niż prognozowane wzrostów cen materiałów, energii i robocizny spowodowało kłopoty z płynnością finansową. Uderza to przede wszystkim w mniejsze firmy wykonawcze - tłumaczy Tomasz Starus z Euler Hermes.

Raport wskazuje, że w pierwszym kwartale 2008 roku liczba sądowo zakończonych upadłości firm budowlanych wzrosła o 80 proc. w stosunku do roku ubiegłego! Przez lata upadłości co roku było mniej.

- Deweloperzy wciąż starają się zaklinać rzeczywistość, dementując publicznie podwyższone ryzyko, ale sygnały z rynku świadczą o czymś innym. Branża budowlana jest szczególnie narażona na negatywny efekt domina przy zatorach płatniczych - dodaje Krzysztof Chechłacz z Euler Hermes.

Raport zapowiada, że szczyt fali bankructw w budownictwie jeszcze przed nami.

Mieszkania tanieją

W Polsce, na razie, znacząca obniżka cen dotyka co prawda starszych mieszkań, głównie tych z wielkiej płyty.

Rynek nieruchomości doszedł do sufitu, czyli mówiąc inaczej do bariery zdolności kredytowej nabywców. To wymusza spadek cen. Po szaleństwie lat 2004-2007, gdy ceny mieszkań wzrosły o około 200 proc., Polacy ostrożniej poruszają się na rynku nieruchomości, a wolnych mieszkań na rynku jest coraz więcej. Do kwietnia 2008 roku deweloperzy oddali do użytku aż o 79 proc. mieszkań więcej, niż rok temu. A może być jeszcze lepiej, ponieważ GUS podał, że w 2007 roku rozpoczęto budowę prawie 79 tys. lokali. Jeśli doliczymy do tego domy jednorodzinne, to według firm konsultingowej Reas, ogólna liczba oddanych lokali sięgnie w tym roku 190 tys. wobec 130 tys. w 2007 roku.

“(…)coraz częściej słychać głosy, że w większości dużych polskich miast ceny osiągnęły sufit. Firmy deweloperskie i spółdzielnie doszły do momentu, gdy ludzie nie są już w stanie więcej płacić za mieszkania. Widać wyraźnie, że tempo sprzedaży spadło. Również ceny nie rosną” - podaje w swoim ostatnim raporcie firma redNet Consulting (właściciel serwisu Tabelaofert.pl).” - pisze Gazeta Wyborcza w raporcie “Ceny mieszkań sięgnęły sufitu”.

” (…) W Krakowie, Trójmieście i we Wrocławiu barierą nie do pokonania dla kupujących było 8 tys. zł. Jak twierdzą analitycy z redNet Consulting, górny próg wytrzymałości portfela mieszkańców wspomnianych aglomeracji to 7-7,5 tys. za m kw. Podobnie jest w Poznaniu, gdzie mimo chęci deweloperów rynek nie był w stanie przetrawić ceny 7,5 tys. za m kw. Z kolei w Łodzi górny próg to 6,5 tys. zł. Barierę 8,5 tys. przebiła za to Warszawa. Tu zdaniem analityków ceny jednak zatrzymają się na 9 tys. zł.” - czytamy w Gazecie.

Spekulanci sprzedają

Wiele z tych nowych mieszkań trafia też od razu na rynek wtórny, przyczyniając się do zwiększenia podaży i zwiększając presję na spadek cen. “W śródmieściu Warszawy mieszkania z rynku pierwotnego są średnio o 25 proc. droższe od mieszkań wybudowanych w ciągu ostatnich dwóch lat i oferowanych na rynku wtórnym - mówi Monika Bazyl z firmy doradczej Reas.” - to GW z 12 czerwca. “(…) hiszpańscy czy brytyjscy spekulanci mogą sobie pozwolić na sprzedaż po cenie nabycia od firmy deweloperskiej. Przez ostatnie dwa lata złoty umocnił się względem euro i funta, a to oznacza, że zysk liczony w tych właśnie walutach jest całkiem pokaźny.” Spekulantom z zagranicy opłaca się więc w chwili obecnej sprzedać mieszkanie nawet po takiej samej cenie, po jakiej go kupili. W przeliczeniu np. na funty osiągną pokaźny zysk.

Już teraz klienci deweloperów zaczynają chwytać się różnych sztuczek, żeby wyzwolić się z niekorzystnych umów. Reszta zastanawia się, czy kupować teraz, czy czekać na nieuchronny spadek cen.

Skutki tej sytuacji odczuwają już firmy.

Teraz zaskoczeni pracownicy agencji nieruchomości nie mogą uwierzyć w pomysły przełożonych na desperackie cięcia wydatków. Takich jak w pewnej dużej agencji z filiami w największych miastach Polski, która w ubiegłym miesiącu próbowała wymóc na personelu znaczną obniżkę pensji. Z oddziału w Warszawie pracownicy zaczęli masowo uciekać do konkurencji. Humoru nie poprawia indeks giełdowy WIG-BUDOW, który od roku systematycznie spada. Jest już na poziomie o prawie połowę niższym niż w czerwcu 2007 roku.

Kredyt, stopy, inflacja

Jak dużo płacimy za mieszkanie zależy m.in. od tego jak drogi jest kredyt. A ten zależy od poziomu stóp procentowych banku centralnego. Ujmując rzecz najprościej - im wyższa inflacja, tym wyżej Rada Polityki Pieniężnej podnosi stopy procentowe, by powstrzymać wzrost cen. To działanie odbija się jednak fatalnie na kredytobiorcach. Im wyższe stopy, tym wyższe płacą raty.

Na razie sytuacja wygląda niewesoło. Od początku 2007 roku Rada Polityki Pieniężnej już siedem razy podnosiła stopy. I tak ktoś kto zaciągnął kredyt na 300 tys. złotych, musiał w maju zapłacić o około 150 złotych więcej niż jeszcze w styczniu. W chwili obecnej, polska gospodarka wciąż znajduje się w fazie szybkiego wzrostu. Ekonomiści są podzieleni w opiniach, co się stanie z polskim rynkiem nieruchomości.

- Nie da się utrzymać sześcioprocentowego wzrostu PKB w długim okresie - uważa prof. Jerzy Hausner, były wicepremier i minister gospodarki w rządzie Marka Belki. - Już w tym roku wzrost będzie wyraźnie niższy, między innymi dlatego, że RPP będzie musiała podnosić stopy procentowe.

W pesymistycznym wariancie, przedstawianym przez londyński bank Merrill Lynch, jeszcze w tym roku możliwy jest nawet trzykrotny wzrost stóp. Powodem ma być drożejąca na światowych rynkach ropa.

Nadzieja jest. - Koszty żywności i zwłaszcza energii, czyli droga ropa, mocno napędzają teraz inflację. Cena baryłki ropy powinna jednak ustabilizować się na poziomie 150 lub 160 dolarów za baryłkę. I z tym współczesna “gospodarka paradoksów” może sobie poradzić bez wpadania w recesję - mówi prof. Stanisław Lis z katedry Teorii Ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Polacy zaczynają liczyć

Niewątpliwie niewesołe miny powinni mieć deweloperzy i kupcy mieszkań z okresu największej hossy. To oni stracą najwięcej, pierwsi gdyż będą zmuszeni do zmniejszenia swojej marży, a drudzy do spłacania przewartościowanych lokali.

Raport serwisu Tabelaofert.pl zwraca uwagę, że ceny oferowane w ogłoszeniach są wciąż wysokie, ale niewiele mają wspólnego z ostateczną ceną transakcyjną.

- Takie zachowanie można tłumaczyć optymizmem firm deweloperskich, które kupowały działki w czasach prosperity, mając nadzieję na niekończące się wzrosty cen - mówi Robert Chojnacki z redNet Consulting. - Tymczasem nabywcy nie chcą przewartościowanych mieszkań, niezależnie od lokalizacji.

Na przykład w Warszawie oznacza to, że nowo wystawione lokum może być kupione o jedną piątą taniej niż wynikałoby z pierwotnej ceny.

Kupując mieszkanie na rynku wtórnym można liczyć na znaczące upusty. Najwięcej można wytargować w Warszawie (12 proc.), Wrocławiu (9 proc.) i Łodzi, a najmniej w Krakowie (1,5 proc) i Katowicach (1 proc). Na rynku pierwotnym, śmiało można zawalczyć o upust 18-22 procentowy (we Wrocławiu, Trójmieście i Warszawie) lub 10 procentowy (w Poznaniu i Łodzi).

W efekcie mieszkania w 2009 roku wciąż będą tańsze niż teraz, dlatego warto wstrzymać się jeszcze z kupnem mieszkania. Spadek cen ma charakter trwały. A kupujący będą mieli większy wybór lokali.

Źródło: Gazeta Wyborcza


Jun 19 2008

Marokańska majówka

Tag: Hotele i wypoczynek, Imprezy, rozrywkaadmin @ 10:09 am

Opadająca mgiełka odsłania majestatyczne, czterotysięczne szczyty Wysokiego Atlasu. Widok godny mistrzów impresjonizmu. To już nasz szósty dzień pobytu w Maroku.

4 maja 2006 r.

Jest już po godzinie siódmej. Niechętnie jednak wstaje się z wygodnych łóżek i czystej pościeli. Szczególnie po trzech dniach w Land Roverze i nocy spędzonej podczas burzy piaskowej pod namiotem na Erg Chebbi . Leniwie zbieramy się do wstawania i jeszcze wolniej do mycia. Dopiero po dobrych czterdziestu minutach w komplecie schodzimy do jadalni na śniadanie. Noc spędziliśmy w hotelu „Cafe Soleil”, w samym centrum Imil, małej wioski będącej punktem wypadowym wszystkich zmierzających na Toubkal.

Wylądowaliśmy tutaj wczoraj wieczorem, po błyskawicznym trzydniowym wypadzie z Marrakeszu przez wąwozy Dades i Todra do oazy na Saharze. Mohammed, nasz kierowca za dodatkową opłatą, zgodził się nas tu podrzucić i jeszcze załatwił ten nocleg u swojego znajomego. Kosztowało nas to dodatkowe 700 DH, ale pozwoliło zaoszczędzić jeden dzień, gdyż nie musieliśmy wracać do Marrakeszu i spędzić w nim nocy. Zostawiając za sobą wspaniałe widoki z przełęczy Tizin-Tichka, leżącej na wysokości 2260 m n.p.m., zjechaliśmy z drogi P31 łączącej Ouarzazat z Marrakeszem i bocznymi drogami dotarliśmy przez Tahanaoute do Imil. Wioska leży na wysokości 1700 m n.p.m. w dolinie Mizan, która zaprowadzi nas aż do podnóży celu naszej wyprawy. Muszę przyznać, że końcówka drogi pomiędzy Asni a Imil, biegnąca wysoko (bardzo wysoko, nie bójmy się tego słowa) ponad dnem wąwozu, dostarcza naprawdę mocnych wrażeń. Szczególnie, jeżeli kierowca na bardzo krętej i dodatkowo tego dnia mokrej drodze, gdzie teoretycznie dwa samochody nie są wstanie się wyminąć, jedzie z prędkością 70-80 km/h. Celowo napisałem teoretycznie, bo w praktyce wyglądało to tak: jeden klakson – „Ej, ty, mógłbyś zjechać!”, dwa klaksony – „Zjeżdżaj!” i już po chwili majaczą za nami światła samochodu, który właśnie wyprzedziliśmy. Jeszcze gorzej to wyglądało, gdy mijaliśmy wypadające zza zakrętu samochody. Wtedy praktycznie przyklejaliśmy się do skał, żeby zrobić trochę więcej miejsca jadącemu z naprzeciwka. W miarę możliwości starałem się nie patrzeć na lewą stronę, gdzie za wątpliwej jakości barierką, często noszącą ślady kolizji, otwierała się przepaść, na dnie której na pewno nie chcielibyśmy się znaleźć. Takich atrakcji się nie zapomina.

Cena za hotel wraz z kolacją i śniadaniem w wysokości 650 DH za pięć osób nie była może najniższa, ale warunki są bardzo dobre, więc polecamy to miejsce. Oprócz naszej grupy na śniadaniu jest tylko para Francuzów. Z tego, co udaje nam się zorientować, oni wejście na szczyt mają już za sobą, więc spoglądamy na nich trochę z zazdrością. Nie możemy się doczekać, kiedy wyruszymy. Bardzo miły właściciel hotelu, którego poznaliśmy wczoraj, informuje nas, że umówiony tragarz, o którym rozmawialiśmy wieczorem, powinien się za chwilę zjawić. Proponuje nam też wypożyczenie raków, gdyż jak twierdzi po intensywnym opadzie śniegu w ostatnich dniach, mogą nam ułatwić wspinaczkę. Dziękujemy, gdyż wydaje nam się, że to zbędny dodatkowy wydatek (około 50 DH). Pytamy go natomiast, czy możemy zostawić część bagażu w hotelu, do chwili zejścia z gór. Oczywiście nie ma problemu. Pokazuje nam pomieszczenie, w którym możemy zostawić zbędne w tym momencie rzeczy. Spokojnie zjadamy śniadanko, składające się z chleba, dżemu, kawy i oczywiście herbaty z miętą. W pokojach jeszcze szybkie przepakowanie plecaków i jesteśmy gotowi do wyjścia.

Powietrze jest krystalicznie czyste, a drobinki wody unoszące się ponad płynącą w dole spienioną rzeką, nadają mu ten niezwykły aromat świeżości. Zatrzymujemy się na tarasie przed hotelem, żeby podziwiać ośnieżone szczyty Atlasu, skrzące się teraz w słonecznych promieniach. Myśl, że już niedługo tam będziemy, działa na wszystkich bardzo pozytywnie. Dobry nastrój i humor dopisują.

Naprzeciwko hotelu jest mały sklepik ze wszystkim, więc zaglądam tam i pytam czy mają może mapę rejonu Toubkala. Sprzedawca mówi, że nie ma, ale prosi żebym moment poczekał i biegnie do sąsiedniego sklepu, by po chwili wrócić z rulonem mniej więcej A3, na którym wydrukowana jest ta sama mapa, którą ściągnąłem w Polsce z netu. Lubię mapy i mam ich w domu małą kolekcje, więc dochodzę do wniosku, że kupię ją na pamiątkę w drodze powrotnej i tak się też z nim umawiam (koszt 100 DH). Chłopaki mnie poganiają, gdyż zjawił się już nasz „berberyjski Szerpa” i pora wyruszać. Oczywiście jeszcze tylko targi, co do ceny, jaką będziemy musieli zapłacić za transport bagażu, a że mamy tych plecaków 5 i właściwie to muły powinny być dwa, więc będzie nas to kosztowało 300 DH. „Nie, nie! 300 to za drogo. Możemy zapłacić najwyżej 150”. Rytuał się powtarza, pewnie znowu przepłacimy. „Ok. Ok. 200 to nasza ostania cena, tylko już ruszajmy”. I ruszamy. Jest godzina ósma trzydzieści.

Początkowo idziemy drogą, która biegnie przez środek wsi by koło sklepu z mieniącymi się wszystkimi barwami tkaninami skręcić w prawo, w stronę orzechowego gaju. W wiosce panuje poranny rozgardiasz. Ruch i gwar na chwilę pozwalają zapomnieć o widocznej na każdym kroku biedzie. Kłaniamy się mijającym nas mieszkańcom, przyzwyczajonym do widoku takich jak my turystów. Widać, że są przychylnie nastawieni, ale zajęci swoimi codziennymi obowiązkami nie poświęcają nam zbyt wiele uwagi. Nie ma w nich tej niezdrowej nachalności, której doświadczyliśmy w Maroku wielokrotnie. Przez soczyście zielony gaj, wciąż lekko pod górę idziemy szeroką ścieżką wyznaczoną przez usypane kamienie i szerokie stopnie wyciosane z głazów. Tempo mamy całkiem niezłe, bo muł okazuje się być zaskakująco dobrym piechurem.

Zostawiając przyjemny cień drzew orzechowych, ostro w górę, zakosami dochodzimy do głównej drogi, która biegnie do Armound powyżej Imil. Mijamy przydrożny sklepiki, które mieści się w betonowej konstrukcji wystającej z kamiennego zbocza i po chwili dochodzimy do rozwidlenia. My idziemy prosto, a w lewo betonowym mostkiem droga prowadzi na druga stronę rzeki, gdzie na zboczach wzniesienia rozłożyło się niewielkie miasteczko Armound ze swoimi charakterystycznymi brunatno-brązowymi budynkami, których okna mają pomalowane na biało szerokie obramowania. Zieleń wybujałej w tym miejscu roślinności, która wykorzystuje życiodajną wilgoć górskiego potoku, czerwień spalonej słońcem ziemi pobliskich zboczy i błękit bezchmurnego nieba nadają temu miejscu niezwykły i niezapomniany charakter.

Skręcamy w prawo, w kierunku ostatnich zabudowań i później w lewo w kierunku szerokiego, kamienistego dna doliny Mizan środkiem, której płynie wspomniana, niewielka o tej porze roku rzeczka. Jeszcze tylko kilka zdjęć dwójki sympatycznych maluchów, którzy dostali od nas po batoniku i zaczyna się nasza górska przygoda. Zaczyna się dość nietypowo, bo okazało się, że po ostatnich opadach śniegu woda jednak wezbrała na tyle, że musimy szukać brodu, aby przejść na drugą stronę. Na całe szczęście nie jest to jakimś problemem. Później już szeroką ścieżką prowadzącą wschodnim zboczem doliny, łagodnie, powoli zaczynamy nabierać wysokości. W dole po prawej zostawiamy jeszcze jeden gaj orzechowy. Tempo nadają muły. Piszę o mułach w liczbie mnogiej, bo dogoniliśmy ekipę turystów z Anglii. Pojawiają się też pierwsze problemy. Mateusz zaczyna skarżyć się na obcierające buty. Mijamy właśnie pierwszy sklepik na szlaku coca-coli, więc zatrzymujemy się, bo bez zmiany skarpet Mateusza się nie obejdzie. Nerwowe przeszukiwanie plecaka, dodatkowo utrudnione przez liny, którymi zamocowany jest nasz bagaż na grzbiecie biednego zwierzęcia. Wreszcie są, udało się. A skarpety okazały się faktycznie zbyt ciepłe. Pogodę mamy wręcz wymarzoną, to znaczy temperatura jest wysoka, ale nie jest na tyle gorąco, żeby to było uciążliwe nawet w czasie marszu. Błękit nieba nad ośnieżonymi szczytami robi naprawdę niesamowite wrażenie i nasuwa skojarzenia z himalajskimi dolinami, choć oczywiście skala jest dużo mniejsza. Zresztą góry te całkiem dobrze udawały Himalaje w filmie “Kundun” Scorsese o życiu Dalaj Lamy. Myślę, że nieprzypadkowo wybrał właśnie te plenery.

Dochodzimy do Sidi Chamharuch (Szamharusz) oddalonego od Armed o około 3 kilometry. Po betonowym mostku przechodzimy do maleńkiej wioski, liczącej tylko kilka zabudowań, z tego połowa to chyba sklepiki. Samo miejsce jest dość niezwykłe, szczególne wrażenie robi znajdujący się w centrum ogromny pomalowany na biało głaz. Jest to miejsce, gdzie marokańscy pielgrzymi docierają na mułach, aby pomodlić się w grobowcu marabuta. Suchemu drzewu stojącemu przed wsią przypisuje się magiczne właściwości. Pierwsza dłuższa przerwa i obowiązkowa cola. Chłopaki rozmawiają z grupą Anglików, okazuje się, że lecieli za 100 funtów z Londynu do Marrakeszu. Jesteśmy lekko zszokowani, nasze 1700,00 zł za bilet z Krakowa przez Mediolan do Casablanki, wydawało nam się do tej pory atrakcyjna ceną. Przez cały czas jesteśmy nagabywani przez właścicieli kilku sklepików oferujących pamiątki, począwszy od minerałów (niektóre okazy naprawdę piękne) przez tkaniny, dywany a skończywszy na biżuterii. Umawiamy się, że może w powrotnej drodze coś kupimy. Twardo wymawiane i wielokrotnie powtarzane hasło „Darrrek, maj frrrend” zapisze się w historii tego wyjazdu. Na drzwiach jednego ze sklepików znajdujemy polski akcent, naklejkę Polskiego Klub Alpinistycznego. „Nasi tu byli!” Prawdopodobnie kilka dni przed nami, bo czytałem na ich stronie, że mają planowany wyjazd w tym terminie. Okazało się zresztą później, że rodaków i w tym rejonie można spotkać bez większego problemu.

Kilka minut po jedenastej wyruszamy w dalszą drogę. Z wioski szlak pnie się zakosami, pośród głazów i spalonych słońcem kępek karłowatych krzewów. Za kwadrans dwunasta docieramy do kolejnego przystanku na szlaku Coca-Coli. Słońce daje się już ostro we znaki wiec wypijamy kolejną butelkę tego cudownego napoju, który tylko wzmaga pragnienie. Atrakcję stanowi system schładzania sprzedawanych towarów, do którego wykorzystano przedziurawioną butelkę na końcu gumowego węża, którym płynie lodowata woda spływająca z bijącego gdzieś powyżej źródełka. Cykamy jeszcze kilka zdjęć i ruszamy dalej. W oddali widać na szlaku coraz więcej śniegu, więc rozpoczyna się dyskusja na temat, dokąd nasz muł doniesie bagaże. Odpowiedź przychodzi szybciej niż byśmy się spodziewali. Pół godziny drogi od ostatniej Coca-Coli, nad brzegiem w tym miejscu bardziej potoku niż rzeki Tallate, dostrzegamy rozbite obozowisko. Dwa namioty, grupki turystów spożywających posiłek i tragarzy z mułami. Za nimi znajduje się szeroki na kilkanaście metrów żleb wypełniony śniegiem. Nasz „Szerpa” informuje nas, że dalej nie idzie, ze względu na ten śnieg przecinający nasz szlak. Próbujemy dyskutować, ale nic to nie daje. Uparcie powtarza, że to niemożliwe, muły mogłyby spaść. Nie są wstanie przejść przy takim nachyleniu po tak głębokim śniegu. Mamy zabrać plecaki i dalej już musimy maszerować z pełnym ekwipunkiem. Nie jesteśmy tym zachwyceni, ale cóż zrobić. Jak się później okazało, rozwiązanie zawsze się znajdzie. Już maszerując z plecakami, widzimy jak tragarz przeprowadzają kilka mułów przez rzekę w miejscu, gdzie było mniej śniegu, a woda nie była zbyt głęboka. Na całe szczęście w oddali widać już budynki schroniska, do którego zmierzamy. Mocno operujące słońce roztapia śnieg, którego ilość nas zaskakuje. Opad w ostatnich dniach musiał być faktycznie bardzo obfity. Im bliżej schroniska, tym tego śniegu jest coraz więcej. Jednak przyroda czerpie z tego faktu pełnymi garściami, woda z topniejącego śniegu nawadnia trawy, które rosną tutaj obficiej niż gdzie indziej a ich kolor poraża niezwykle intensywną zielenią. Wygląda to naprawdę pięknie, dodatkowo wszystko teraz skapane jest w promieniach południowego słońca. Pod schronisko dochodzimy już prawie w kilkudziesięciu centymetrowym śniegu. Dochodzi czternasta, cała droga z Imil zajęła nam prawie pięć i pół godziny, ale trzeba przyznać, że zbytnio się nie spieszyliśmy.

Schronisko Toubkal, bo tak brzmi obecnie jego oficjalna nazwa, należy do Francuskiego Klubu Alpinistycznego z siedzibą w Casablance. Zostało wzniesione na przełomie 1999 i 2000 roku poniżej dawnego schroniska Neltner’a wzniesionego w roku 1938. Schronisko położone jest na wysokości 3207 m n.p.m. i stanowi je kompleks murowanych budynków wzniesionych z kamienia. Całość w sumie robi wrażenie, przede wszystkim ze względu na swój nieoczekiwany w tym miejscu ogrom.

Piotrek rozmawia o możliwości noclegu z prowadzącym schronisko Mohammed’em Aït El Kadi. Ubrany w sięgającą kolan koszulę i charakterystyczną czapeczkę pasuje nam do klimatu tego miejsca, dużo bardziej, niż kiedy następnego dnia zobaczymy go ubranego od stóp do głów w Gore-Tex. Nie po raz pierwszy przekonujemy się, że Maroko to kraj kontrastów. Na razie dowiadujemy się, że sporo osób schodzi do Imil i chociaż za nami podążają dwie duże grupy Francuzów i Anglików, nie powinno być ze spaniem problemu. Mohammed prowadzi nas na piętro, gdzie w jednym z dwóch wieloosobowych pomieszczeń pokazuje nam miejsca, na piętrowych dwuosobowych łóżkach. Jesteśmy w pokoju sami, więc zajmujemy miejsca przy niewielkim okienku, przez które możemy cieszyć oczy widokiem góry, dla której zdobycia pokonaliśmy tysiące kilometrów. W pokoju panuje dziwna wilgoć, więc przenosimy się przed budynek, i wykładamy się na karimatach, na murku okalającym budynki. W słoneczku wygrzewamy się jeszcze przez ponad godzinkę. Słońce chowa się za okalającymi dolinę szczytami a z jej dna powoli zaczyna podnosić się mgła, która w niedługim czasie ogarnia wszystko. Tym samym wyjaśnia się wilgoć panująca w naszym pokoju. Okienko oczywiście zostawiliśmy otwarte i w efekcie materace też są wilgotne. Na łóżkach musimy rozłożyć karimaty. Zaczyna wychodzić z nas zmęczenie, więc nie specjalnie zastanawiamy się jak będziemy spać tej nocy. Schodzimy na parter do sali jadalnej i na szybko przyrządzamy gorący posiłek, korzystając z wrzątku, za który na razie nie płacimy (5 DH). Z zaciekawieniem przyglądamy się Anglikom, którym przewodnicy gotują kolację.

Po posiłku wychodzimy jeszcze na krótki spacer, podziwiać zachód słońca i rzucić jeszcze raz okiem na czekającą nas jutro trasę. Zrobiło się po osiemnastej. Za schroniskiem koło zamarzniętego o tej porze roku niewielkiego wodospadu spotykamy dwóch miejscowych przewodników. I wtedy właśnie ma miejsce rozmowa, która zapoczątkuje „serię niefortunnych zdarzeń”. Sugerują nam, żeby jutro wyruszyć tak jak oni tuż po godzinie siódmej i wybrać szlak omijający łukiem z prawej strony miejsce, w którym się znajdujemy. Owszem można też podchodzić bezpośrednio od wodospadu, ale wtedy musielibyśmy zdecydować się na strome podejście po zmrożonym śniegu, gdzie biorąc pod uwagę to, że nie mamy raków, możemy mieć problemy. Teoretycznie wszystko jest jasne. Przed spaniem pakujemy plecaki. Założenie jest takie, że idziemy na lekko, zabieramy tylko suchy prowiant, niezbędne picie, a resztę zostawiamy tutaj. Kąpiel w ciepłej wodzie w łazience znajdującej się w piwnicach jest płatna (10 DH), ale większym problemem przy korzystaniu z niej okazuje się tłum chętnych. Dobrym pomysłem było zabranie wilgotnych chusteczek higienicznych.

Okazuje się, że jednak jeszcze kilka osób dotarło do schroniska i w naszym pokoju na naszą piątkę zostały tylko cztery miejsca. Artur deklaruje się, że będzie spał z chłopakami na górze. Nie protestujemy specjalnie, gdyż zdążyliśmy już poznać jego chrapanie. Młodzi są, więc niech się męczą. Wszyscy jesteśmy jednak na tyle zmęczeni, że zasypiamy szybko i nic nam w tym śnie nie jest wstanie przeszkodzić.

5 maja 2006
Budzimy się przed siódmą. Piotrek z Kubą zbierają się najszybciej i pierwsi schodzą na dół. Ja z Arturem sprawdzamy jeszcze plecaki, ale nie spieszymy się za bardzo, bo jesteśmy przekonani, że przed wyjściem jeszcze coś zjemy i wypijemy herbatę. Mateusz musiał skorzystać z toalety i … utknął w kolejce. Schodzę na jadalnię i stwierdzam, że Piotrka tam nie ma. Okazuje się, że czekają na nas przed schroniskiem. Nie dogadaliśmy się i o ciepłej herbatce trzeba zapomnieć. Oni chcą wyruszyć natychmiast. Ostatnia zorganizowana grupa z przewodnikiem znika nam z oczu. Piotruś nerwowo stara się nas pośpieszyć. Muszę czekać na Mateusza, więc zostajemy z Arturem a oni ruszają wydeptaną w śniegu ścieżką. W końcu dochodzi do nas Mati, więc i my możemy wyruszyć. Zrobiło się już koło wpół do ósmej. Piotrek i Kuba czekają na nas kilkadziesiąt metrów powyżej. Każdy krok to dla mnie duży wysiłek. Jestem po środkach przeciwbólowych, więc na całe szczęście noga nie daje bardzo znać o sobie. Jest zimno, myślę, że może być koło minus dziesięciu, dodatkowo duża wilgotność powoduje, że odczuwalność chłodu jest większa. Zostaję trochę w tyle. Artur i Mateusz doganiają powoli chłopaków, którzy już nie czekając ruszyli dalej. Dochodzę do wniosku, że nie ma sensu iść za nimi. Jestem przekonany, że oni po zrobieniu łuku, który ominie wąwóz z prawej strony i tak będą musieli przejść na wschodnie zbocze, którym prowadzi szlak na Toubkal. Schodzę, więc najpierw na dno wąwozu i później idąc ostro po górę, dochodzę do kamiennego murku ledwie wystającego spod śniegu a zrobionego prawdopodobnie przy ujęciu wody. Macham stamtąd do chłopaków, którzy są w tym momencie już dość daleko ode mnie i wygląda, że wybrali złą drogę. Szlak, którym idą, prowadzi prawą stroną doliny i niestety nie wygląda, żeby mogli przejść do mnie. Wąwóz w tym miejscu ma już ładnych kilka metrów głębokości a ściany są tak strome, że nie ma szans na ich pokonanie. Drogę na Toubkal zostawiam za sobą. Wciąż mam w pamięci wczorajszą rozmowę z przewodnikami, przecież mówili, żeby właśnie iść łukiem w prawo. Ale chyba zatoczony ręką łuk miał być mniejszy, niż ten, który teraz robią moi koledzy Nabrałem trochę wysokości, więc trawersuje łagodnie nachylone zbocze. Widzę ich teraz wyraźnie jak w porannych promieniach słońca idą po drugiej stronie doliny. Jeszcze się łudzę, że może mimo wszystko dziś pójdziemy na Toubkla. Po pół godzinie marszu, po dziewiczym śniegu, tych złudzeń już nie mam. W końcu nasze drogi mogą się połączyć.

Spotykamy się koło wielkiego głazu, w miejscu, gdzie dolina zwęża się. W lewo szlak prowadzi przez przełęcz Tizi n’Ouanoumss nad jezioro L.D’Ifni, natomiast prosto przed sobą mamy przełęcz Tizi n’ Ouagane leżącą na wysokości 3750 m n.p.m., skąd można wejść na liczący 4089 metrów szczyt Ouanoukrim.
Jest już koło wpół do dziewiątej. Atmosfera jest trochę nerwowa, do wszystkich dotarło, że dziś na szczyt nie wejdziemy, bo zbyt daleko odeszliśmy i powrót na szlak mija się z celem. Jest po prostu za późno. Pojawiają się niepotrzebne wzajemne pretensje. Jakoś udaję się jednak opanować sytuację. Zaczęło się niefortunnie, ale przecież musi się skończyć pomyślnie. Bez takiego nastawienia nie byłoby nas tutaj. Ostatecznie ustalamy, że wejdziemy na przełęcz leżącą na końcu doliny i potraktujemy dzisiejszy dzień jako aklimatyzację. Słońce stoi już wysoko i cała dolina jest skąpana w jego promieniach. Widok roziskrzonego śniegu, ciemne ściany otaczających nas szczytów i wszechogarniająca cisza. To nam poprawia zdecydowanie humor. W końcu to też jest przygoda. Piotruś powtarza swoje nieśmiertelne - „Życie bez przygód to jak wiosna bez kwiatów” oraz “Zawsze szczytami chodził nie będziesz” - i idziemy zdobywać przełęcz. Na całe szczęście zrobiło się też cieplej. Podejście jest łagodne, ale i tak zatrzymujemy się, co kilka kroków. Nasze organizmy z trudem przystosowują się do tych wysokości. Należy o tym pamiętać. Najlepszą kondycję ma Kuba, który dość szybko zostawia nas w tyle. Na przełęcz docieramy przed dziesiątą. Siadamy z Mateuszem na śnieżnym nawisie, który ma w tym miejscu około 2 metrów wysokości. Pod nim ściana urywa się pionowo. W dali widać zamglone pasma Atlasu. Po chwili dołącza do nas trójka Czechów. Wczoraj byli na Toubkalu i dzielą się z nami wrażeniami z tamtego wyjścia. Proponują, żebyśmy poszli z nimi na Ouanoukrim. Rezygnujemy, jak dla nas na pierwszy dzień wystarczy. Może gdyby ten dzień zaczął się inaczej? Wrażeń jednak i tak mamy dość. Mateusz wymyślił, że będzie zjeżdżał na ochraniaczach po śniegu. Zabawa jest przednia. W schronisku jesteśmy przed dwunastą. Znowu wykładamy się na karimatach do słonka i oglądamy kolejne grupy schodzące z Toubkala. Ogólne zainteresowanie wzbudza jeden z przewodników, który na nartach pamiętających chyba lata 80-te ubiegłego wieku, zjeżdża jednym z leżących powyżej schroniska żlebów. Myślę jednak, że dolina w zimie może być prawdziwą skitourową atrakcją. Zmęczenie szybko mija i dochodzimy do wniosku, że może jednak dobrze się stało, że „pobłądziliśmy”. Złapaliśmy trochę aklimatyzacji, więc na jutrzejszy dzień patrzymy optymistycznie.

2 duże zorganizowane grupy „turystów” z Francji i Anglii zeszły dziś do Imil, więc w schronisku jest zdecydowanie przestronniej i ciszej. Wieczorem spotykamy w jadalni Wojtka i Krzyśka z Warszawy. Siedzą w Maroku już drugi tydzień i też mają za sobą wycieczkę na Saharę. Wymieniamy się, więc doświadczeniami, a że jest o czym opowiadać to i czas szybko upływa nam na miłej rozmowie. Wspólnie pichcimy sobie kolacyjkę i wcześnie kładziemy się spać. My w naszym pokoju, który dziś mamy cały dla siebie, a oni, jako, że zabrali ze sobą namiot, noc spędzą koło schroniska. Nocleg w namiocie jest dozwolony i na terenie należącym do schroniska kosztuje 10 DH.

6 maja 2006
Tym razem nie ma żadnych niespodzianek. Przed siódmą, w komplecie wyruszamy spod schroniska. Prowadzę ich drogą, którą szedłem wczoraj. Za schroniskiem skręcamy w lewo. Powyżej przysypanego śniegiem wodospadu przekraczamy dno wąwozu i pokonujemy trawersem mocno nachylony fragment. Piotrek, który idzie jako pierwszy robi w zmrożonym śniegu stopnie dla chłopaków. Przydają się też kije. Śniegu jest faktycznie dużo i zastanawiamy się czy nie należało jednak wziąć ze sobą raków. Na całe szczęście dochodzimy do wydeptanej w śniegu ścieżki, która pod kątem przecina w całości zasypane śniegiem zbocze. Tu, choć jest ślisko idzie się już o wiele lepiej. Zakosami podchodzimy w górę. Po drodze spotykamy schodzącego chłopaka. Okazuje się, że to Polak. Jest ich trójka, są z Krakowa, choć teraz przylecieli z Anglii, gdzie aktualnie pracują. Dotarli do schroniska wczoraj późnym wieczorem i dlatego ich nie spotkaliśmy. Mają przewodnika i jego koledzy z nim właśnie wychodzą na szczyt. On miał ostatnio problemy żołądkowe i doszedł do wniosku, że nie da rady, więc zawraca. No cóż, ta góra, co by o niej nie mówić ma swoją wysokość i nie należy sobie tego lekceważyć. My dziś jesteśmy w o wiele lepszej kondycji. Wczorajsze wejście na przełęcz procentuje.

Dochodzimy do rygla skalnego, odgradzającego południowe Ikhibi od dna doliny Mizan. Tutaj robimy krótką przerwę. Cały czas idziemy w cieniu, więc zimno daje się nam we znaki. Jest chyba jeszcze chłodniej niż wczoraj. Najgorszy jest wiatr, szukający miejsca, żeby przeniknąć przez kolejne warstwy ubrania. Schowani za sporym głazem oglądamy czekająca nas jeszcze drogę. Przed nami widać kolejny rygiel skalny, odgradzający nas od kotła, z którego droga będzie wiodła na przełęcz, gdzie będziemy musieli skręcić w lewo. Zmrożony śnieg nie ułatwia podejścia, szczególnie uciążliwe jest przejście stromego odcinka przy wyjściu z kotła, gdzie jest bardzo ślisko. Dodatkowo przypomniała o sobie pięta Mateusza, musimy zrobić mu opatrunek, bo nie wygląda to zbyt ciekawie. Na całe szczęście na przełęczy, na którą docieramy po dziewiątej, śniegu jest już zdecydowanie mniej i nachylenie też już nie jest tak duże. Za to odległość, którą mamy jeszcze do przejścia trochę przytłacza i powiem, że właśnie ten docinek był dla mnie najgorszy – psychicznie. Przejście go zajmuje nam prawie godzinę. Na tym odcinku jest mniej śniegu i mocno skruszone, luźne andezyty i ryolity tworzące ten piarg, wcale nie ułatwiają podejścia. Po drodze spotykamy schodzącą już ze szczytu wspomnianą dwójkę z Krakowa. Chwilkę rozmawiamy. Idziemy teraz w dużych odstępach od siebie. Dochodzimy do grani, skąd widać już wierzchołek, na który Piotrek z Kubą zdążyli już wejść. Nas czeka jeszcze jeden stromy odcinek, który pokonuje się trawersem i o godzinie 10:20 wszyscy stajemy na szczycie.

Udało się. Coś, co kilka lat temu było tylko mało realnym pomysłem, zrealizowaliśmy pomimo przeciwności, a może właśnie dlatego. Piotrek z metalowymi prętami “endera” po złamaniu kości udowej, ja z moim biodrem do wymiany, jesteśmy w miejscu, o którym sobie kiedyś zamarzyliśmy. Bo to już chyba z 10 lat minęło, jak siedząc późnym wieczorem przed schroniskiem Teryego w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich, Piotrek, który był wtedy jeszcze świeżo po wyprawie na Kilimandżaro, zaczął snuć plany wyjazdu na jeszcze jedną górę w Afryce. I dziś „wytupaliśmy” jak to wtedy określił ten Toubkal. Bo po to są marzenia. I po to są przyjaciele.

Na szczycie jesteśmy ponad pół godziny. Panorama jest niezwykła. Wkoło przyprószone śniegiem ciemnobrązowe, rude, czerwone, czasem niemal czarne skały okolicznych szczytów. Gdzieś tam daleko w kierunku południowym rozciąga się Sahara. W dole widać zabudowania berberyjskiej wioski. I ta cisza, której przez chwilę staramy się nie zakłócić. Troszkę odpoczywamy i robimy zdjęcia. Pogoda zaczyna się niestety zmieniać. Od północy zaczynają pojawiać się ciemne chmury. Załamanie pogody to nie jest to, czego chcielibyśmy doświadczyć na szczycie. Na całe szczęście pogoda tego dnia jest dość stabilna. Dochodzimy do wniosku, że nie ma jednak co przedłużać pobytu na szczycie. Artur zakopuje jeszcze pod kamieniami drzewko szczęścia - proszę go tam nie szukać. Samo zejście to już bajka. Większość trasy pokonujemy zjeżdżając na butach. Kijki doskonale się przydają. Szusowanie po stromym zboczu, na które z takim trudem wspinaliśmy się, sprawia nam ogromną przyjemność. Zabawa jest naprawdę przednia. Spotykamy jeszcze na przełęczy Krzyśka z Wojtkiem. Wojtek bardzo źle wygląda, określenie „blady jak papier” w jego przypadku jest bardzo adekwatne. Sprawia wrażenie, bardzo zmęczonego. Myślę, że najchętniej by w tym momencie zawrócił. Tłumaczymy, że najgorsze ma już praktycznie za sobą a do szczytu nie jest wcale daleko. Mamy jeszcze jakieś batony energetyczne, wiec częstujemy ich, bo okazuje się, że nic ze sobą nie wzięli. Patrzymy jak powoli maszerują do góry i chyba każdy z nas cieszy się, że my mamy to już za sobą. Jesteśmy w schronisku przed pierwszą.

Na miejscu czeka nas pakowanie plecaków, na szybko przyrządzony z resztek zapasów posiłek oraz oczywiście rozliczenie z Mohammed’em. Policzył nas wg. taryfy zimowej - 80 DH za noc, w sezonie letnim od maja do października stawka wynosi 130 DH. W sumie za dwa noclegi, wrzątki, których nie mogliśmy się doliczyć i kąpiel zapłaciliśmy 900 DH. Tanio i za nic nie przepłaciliśmy, co nam się w czasie tego pobytu często zdarzało. To pozwala nam z optymizmem patrzeć na dzisiejszą noc, którą zamierzamy spędzić w Marrakeszu na placu Jemaâ El Fna. Pogoda wciąż dopisuje, więc schodząc, podziwiamy widoki, z którymi musimy się pożegnać. Plecaki dają trochę w kość, więc będąc w Sidi Chamharuch udaje nam się za 100 DH wynająć „Szerpę” z mułem, na którego z wdzięcznością pakujemy nasze plecaki. W czasie zejścia jestem świadkiem dość niezwykłego widoku, kiedy widzę jak nasz tragarz zaczyna wrzucać kamienie do jednego z juków. Okazało się, że w ten sposób wyrównywał biednemu zwierzęciu obciążenie. Muł okazuje się niezłym piechurem tak podczas wejścia jak i w zejściu. Nie próbujemy się z nim ścigać, ale tempo mamy bardzo przyzwoite. Po czterech i pół godziny jesteśmy w Imil.

Słońce już jakiś czas temu schowało się i czerwienią zabarwia teraz ośnieżone szczyty. Jeszcze chwila i one znikną w mroku. Po trzech wspaniałych dniach w sercu Wysokiego Atlasu ponownie pijemy herbatę z mięta w „Cafe Soleil”. Te niezwykłe góry, choć już niewidoczne, na zawsze zostaną przed naszymi oczami.

Darek Gwóźdź

Źródło: travelbit


Jun 19 2008

Kryzys finansowy 2008: Kto wygra, kto przegra?

Tag: Polityka, biznes, gospodarkaadmin @ 10:07 am

Co napiszą kiedyś historycy, gdy przyjdzie im opisywać kryzys finansowy z 2008 roku? A co ważniejsze dziś dla inwestorów: kto najwięcej na nim zyska, a kto poniesie najdotkliwsze straty? Moim zdaniem zwyciężą ci, którzy kupią w tym roku akcje spółek z sektora finansowego. To oni zauważyli, że sprawy nie mają się tak źle, jak zdołali przekonać rynki zdyszani eksperci medialni i wszyscy, którzy zajęli pozycję krótką, a teraz czekają na zyski.

Czy można wygrać na kryzysie?

Do prawdziwych problemów sektora finansowego dochodzi element sztuczny - wycena mark-to-market, czyli według bieżącej wartości rynkowej. Zgodnie z zasadami księgowości banki muszą wyceniać derywaty jak kontrakty swap i papiery wartościowe oparte na hipotekach, czyli na podstawie ich bieżącej wartości rynkowej. Zasady księgowości nie przewidują braku popytu na takie papiery. W efekcie wszystko jest odpisywane po tak niskich cenach, że inteligentni gracze wyruszają w poszukiwaniu okazji (w czym, jak pokazało przejęcie Bear Stearns, potrafi pomóc Fed).

Jaki będzie bilans strat?

Odpisywanie na papierze aktywów związanych z kredytami hipotecznymi ma poważne konsekwencje. Banki, brokerzy i ubezpieczyciele tracą kapitał na papierach wartościowych. To pociąga za sobą coraz słabsze zabezpieczenie depozytów, pieniędzy inwestorów i właścicieli polis na wypadek kłopotów instytucji finansowej. Aby odzyskać kapitał, instytucje finansowe sprzedają akcje zwykłe po zaniżonych cenach. Tak samo zresztą postępują z akcjami uprzywilejowanymi i długami.

Część problemów Wall Street jest prawdziwa, niektóre to tylko złudzenia. Sytuacji nie pomogły zresztą instytucje odpowiedzialne za ocenianie sytuacji - agencjom ratingowym, bo to o nich mowa, zdecydowanie powinęła się noga. Niedawne oświadczenie Moody’s Investor Service, w którym agencja przyznała się, że błąd komputerowy spowodował wypaczenie oceny pewnego bardzo skomplikowanego instrumentu finansowego, tym bardziej wszystko pogorszyło. Do tego zamiast wezwać informatyków, zadzwoniono po prawników. Dodatkowo pojawia się pytanie jaką wymówkę ma Standard & Poor’s, które opublikowało podobną ocenę. Bolączki systemu oceny doprowadziły do sytuacji, w której rządzą strach i niepewność, czyli idealnej dla stawiających na spadki i rozsiewających pogłoski funduszy hedgingowych.

Prawda jest taka, że w tej chwili nikt nie wie, jaki będzie końcowy bilans strat. Jednak doświadczenia z przeszłości wskazują na przewrażliwienie rynków finansowych w takich sytuacjach i całkiem prawdopodobne, że tak jest i tym razem.

Ważne, żeby nie narzekać

Najważniejsza kwestia w tej chwili to pytanie o to, co powinni robić inwestorzy, aby zyskać. Moim zdaniem - kupić długi i uprzywilejowane akcje renomowanych instytucji finansowych, które są po prostu za duże, by upaść, a muszą podnosić kapitał, aby pozostać w zgodzie z zasadami księgowości. Czy ktoś pamięta, gdy instytucje z ratingami AA- i A- wypłacały 8 proc. z zainwestowanego kapitału? Czy uwierzycie, że na początku lat dziewięćdziesiątych?

Dla tych, którzy szukają inwestycji w najlepsze możliwe papiery, polecam akcje uprzywilejowane JPMorgan Chase Capital 8 proc.. Są kumulacyjne, czyli 2 dolary dywidendy zostaną wypłacone z odsetkami, nim cokolwiek dostanie reszta inwestorów. W tym przypadku nie obowiązuje obniżona federalna stawka podatkowa od dywidendy. Papiery mają ocenę Aa3 i dają 7,7 proc. do daty wykupu w maju 2013 roku. Jeśli Chase nie odkupi akcji do tego czasu, oprocentowanie zmienia się na LIBOR + 4,12 proc.

Trochę mniej bezpieczny, ale również świetny zakup to bezterminowe akcje uprzywilejowane Citigroup 8,5 proc. serii F. Mają rating A2. Zwrot jest o cały procent wyższy niż na innych podobnych papierach Citi, ponieważ dywidenda nie jest kumulacyjna, czyli jeśli jej nie było, to już nie będzie. Jedyne zabezpieczenie jest takie, że Citi nie może pominąć posiadaczy akcji uprzywilejowanych przy wypłacaniu dywidendy od zwykłych akcji. Tutaj można zastosować obniżoną, 15% skalę podatku federalnego od zysków kapitałowych aż do 2010 roku.

Jeszcze jedna możliwość, tym razem trochę mocniej związana z kapitałem, to przekształcane w akcje zwykłe akcje uprzywilejowane AIG. Również tu ma zastosowanie 15 proc. stawka podatku. Ubezpieczyciel ma ocenę długu Aa3/AA. Akcje uprzywilejowane zmienią się za trzy lata w zwykłe (automatycznie, posiadacz nie ma wyboru) przy parytecie jedna akcja uprzywilejowana na 1,64 akcji zwykłej AIG, co po dzisiejszym kursie daje 59 dolarów. Jeśli w 2011 wartość wyniesie mniej niż 75 dolarów, posiadacz akcji uprzywilejowanych dostanie dodatkowe akcje zwykłe, ale nie więcej niż 1,97.

Jeśli jesteś jednym z inwestorów, którzy stracili wiarę w system finansowy z powodu poniesionych strat - opanuj się. Teraz nadeszła pora na odbudowę. Zwyciężaj, nie narzekaj…

Źródło: Forbes.com


Next Page »