Jun 17

Gigantyczne reklamy

Tag: biznes, gospodarka, reklamaadmin @ 11:54 am

Spróbujcie sprejem napisać na fasadzie domu na warszawskim placu Konstytucji hasło: “Mocne historie. Prawdziwe życie”. Najpóźniej przy słowie “życie” rękę wykręci wam wyrosły jak spod ziemi policjant. Gdy jednak napis ten będzie miał kilkadziesiąt metrów długości i kilka metrów wysokości, zostanie wydrukowany na siatce winylowej i przykryje większą część fasady tego samego domu, na pewno żaden policjant się nie pojawi - choć napis ten będzie równie nielegalny jak ten nabazgrany farbą

Nie chcę po raz kolejny roztrząsać, kto na takie praktyki pozwala i dlaczego wciąż się one powtarzają. Sprawy te wielokrotnie opisywała warszawska prasa lokalna, organizowano debaty, przepytywano urzędników miejskich, cytowano wypowiedzi przedstawicieli zarządów wspólnot mieszkaniowych, które podejmują decyzje o wieszaniu megareklam na budynkach. Przywoływano także głosy mieszkańców, jak choćby pani, która w swoim mieszkaniu zalanym przez całą noc światłem halogenów z sąsiedniego budynku czuje się jak “denatka w prosektorium”.

Konieczne jest jednak inne spojrzenie - którego nie należy mylić z nostalgią za mitycznym idealnym miastem z przeszłości (które zresztą nigdy nie istniało). To spojrzenie na szczelnie opakowany reklamą dom i na uwięzionych w tym przedziwnym kokonie mieszkańców prowadzi do pytania: jak to jest możliwe, by na naszych oczach dokonało się ubezwłasnowolnienie miejskiego obywatela?

W dyskusji o reklamie zewnętrznej i przestrzeni publicznej w Polsce mówi się głównie o chaosie wizualnym i prawnym. A przecież widok jest ważny nie tylko jako ruchomy miejski kadr mający własną ścieżkę dźwiękową, zapachową czy emocjonalną. Miejski widok także coś oznacza i ten komunikat wydaje się kluczowy. Czy to jest część wielowątkowej opowieści mieszkańców mająca związek z ich codziennym życiem, z ich marzeniami, czy jedynie strumień komunikatów napędzających konsumpcję?

Na styku przestrzeni publicznej i prywatnej, jaką jest wnętrze czyjegoś mieszkania, regularnie dochodzi do aktów przemocy ograniczających wolność i ingerujących w intymność życia mieszkańców. Przemoc ta oparta jest na alibi w postaci zgody wspólnot mieszkaniowych i powtarzanym jak mantra argumencie o uzyskanych w ten sposób środkach na remonty budynków.

To oczywiście klasyczna TINA (There Is No Alternative) - przedstawienie sytuacji, w której nie ma innej opcji. Wybierajcie: albo sypiąca się fasada, albo zasłonięte przez półtora roku okno.

Wszystko to razem jest poniżające - nawet jeśli większość mieszkańców gotowa jest z tym żyć. Firmy reklamowe “oswajają” ich, wieszając najpierw jaśniejszą reklamę, a dopiero później kolorową, przez którą już prawie nic nie widać. Buntują się nieliczni. Jedna osoba skonstruowała specjalne rolety, by zyskać dostęp do świata zewnętrznego. Przetrwały dwa tygodnie, po czym firma reklamowa wymieniła reklamę na nową, a przedstawiciele zarządu wspólnoty mieszkaniowej zagrozili niesubordynowanemu mieszkańcowi procesem.

Zdumiewające, że prawo własności przysługuje wyłącznie tym, którzy przywłaszczyli sobie - bezprawnie - władzę nie tylko nad przestrzenią publiczną, ale i prywatną. Reklamowa siatka powieszona wbrew obowiązującym przepisom budowlanym czy konserwatorskim jest nietykalna, ale widok z okna - wartość niematerialna, lecz niezbywalnie należna każdemu mieszkańcowi, obywatelowi miasta - już nie.

Gigantyczne reklamy zasłaniające ludziom dosłownie i w przenośni okno na świat oznaczają dużo więcej niż tylko agresywne zawłaszczanie przestrzeni publicznej. Odcinają w fizyczny sposób przestrzeń wspólną od domowej sfery intymnej, których łączność umożliwia pełnoprawne życie w mieście.

Widok reklamowych komunikatów zasłaniających okna prywatnych mieszkań jest oburzający nie dlatego, że jest nieestetyczny, ale dlatego, że jest nieetyczny - symbolizuje przemoc.

W lokalnej prasie pojawiały się wypowiedzi warszawiaków sugerujące, że to sami mieszkańcy powinni coś zrobić, zareagować, a my - czyli wszyscy inni - ewentualnie podpiszemy się pod ich głosem. Jest w tym dużo racji - trudno buntować się za kogoś - ale też sygnał braku podstawowej empatii, z której wynika nie podszyta hipokryzją litość, ale obywatelska aktywność, wola sprzeciwu.

To ważny moment - wskazuje na brak silnej wspólnoty miejskich obywateli. A przecież w tym przypadku przemocy poddawani są nie tylko mieszkańcy pozasłanianych domów, ale wszyscy oglądający ten widok. Redaktor naczelny “Gazety Stołecznej” wystosował w sprawie zasłonięcia okien w akademiku Politechniki Warszawskiej, w końcu list otwarty do rektora tej uczelni, nie mogąc doczekać się ani wystarczająco ostrego protestu studentów, ani reakcji władz uniwersytetu.

“Okno, balkon, loggia w warunkach miejskich nabierają poważnego znaczenia; są to jakby płuca domu - choć w części przybliżają powietrze i słońce do wnętrza mieszkalnego. Okno jest starym wynalazkiem i zwykłym elementem wnętrza, o dość wyraźnie - zdawałoby się - określonym przeznaczeniu. Człowiecza przewrotność potrafi jednak radykalnie zatrzeć te podstawowe funkcje” - zauważał już w 1962 roku Jan Szymański w “Książce o mieszkaniu”.

Gdyby szukać analogii, należałoby przypomnieć pierwszomajową propagandową scenografię PRL. Na tym samym placu Konstytucji wcześniej okna ludziom zasłaniały portrety Bieruta i Stalina - ale nawet one nie tkwiły tam przez półtora roku.

O roli i symbolice okna można by pisać bez końca. Bez motywu domowego okna trudno wyobrazić sobie zarówno XVII-wieczne malarstwo holenderskie, jak i “Okno na podwórze” Hitchcocka. Przez wiele lat Józef Robakowski, czołowa postać polskiej sztuki wideo i filmu eksperymentalnego, tworzył słynny zapis “Widoku z mojego okna”. Gdyby Robakowski mieszkał dziś przy warszawskim placu Konstytucji, niewiele by zarejestrował.

Jego filmowa narracja świetnie ujmuje to, co w widoku z własnego mieszkania jest tak szczególne - codzienny, powtarzalny i jednocześnie zawsze nowy spektakl. Tym, co łączy obszary sfery publicznej i prywatnej, jest spojrzenie - z wewnątrz, umożliwiające samookreślenie w topografii miasta, i z zewnątrz, spojrzenie innych, dla których okno jest znakiem obecności innych członków wspólnoty, śladem ich prywatnego życia w tkance miasta.

Jak pisała w “Postpolis” Ewa Rewers, odwołując się do postaci z powieści Franza Kafki i E.T.A. Hoffmanna, a także tekstów Henri Lefebvre’a, “uwięzieni między wnętrzem i oknem, między samotnością i społecznością, które usiłują nad nimi zapanować zgodnie z rytmem przybliżania się i oddalania od miejskiego spektaklu, docierającego jednocześnie do oczu (ślady), uszu (głosy) przez okno, starają się dostosować swoje wewnętrzne rytmy do rytmów miejskich, które są rytmami życia społecznego. Stara metafora pokoju, z którego okna oglądamy świat, jest przecież kontynuacją jednej z podstawowych dychotomii metafizyki: świata wewnętrznego oddzielonego od świata zewnętrznego, przedmiotu od poznającego go, zdystansowanego podmiotu”.

Inny artysta Jacek Niegoda zawiązał ostatnio w łódzkim bloku Robakowskiego komitet osiedlowy na rzecz oznaczenia słynnego okna “przekierowanym” ostrzem gigantycznej strzałki, która na tym samym budynku kończy się na przypadkowym oknie, reklamując supermarket.

Symptomatyczne, że tak ekscytująca modernistów symfonia miejska, spektakl o niekontrolowanym przebiegu, nie jest już poważnym argumentem. Dziś można mówić jedynie o przepisach i granicach kontroli, a nie o uczestniczeniu w życiu i miejskim przepływie.

Logika fragmentaryzacji i segregacji manifestująca się choćby w postaci zamkniętych osiedli niszczy refleksję nad przestrzenią miasta jako pewną nadrzędną ideę i wartość, mającą jednocześnie realne znaczenie dla mieszkańców.

Niniejszy tekst powstał ze sprzeciwu wobec przemocy odczuwanej przez współmieszkańca tego miasta. Być może odpowiedzią na utracony widok z okna powinien być ruch na podobieństwo “reclaim the streets” - wyzwalania ulic - tyle że dotyczący wyzwalania domów, odzyskiwania indywidualnego widoku z naszych domów, ale i na nie. Sprzeciw wobec komercyjnej ekspansji, urzędniczej niemocy i rozmytej odpowiedzialności za, ciągle jeszcze wspólne, miasto.

*Tekst jest jedną z trzech części projektu Anny Okrasko, Kai Pawełek i Nicolasa Sancheza zatytułowanego “Widok” i ukazuje się równolegle z prezentacją fotografii Anny Okrasko w galerii Witryna na placu Konstytucji 4 w Warszawie (9-26 czerwca) oraz publikacją książki obrazkowej Nicolasa Sancheza.

*Kaja Pawełek, kuratorka oraz krytyk sztuki i architektury współczesnej. Pracuje w CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie. Stypendystka Fundacji Roberta Boscha w Niemczech, gdzie organizowała projekty kulturalne promujące młodą sztukę i kulturę polską. Interesuje się szczególnie problematyką miasta, połączeniami pomiędzy architekturą i sztukami wizualnymi, antropologią przestrzeni. Regularnie współpracuje z magazynem “Architektura & Biznes” oraz “Obieg”

Źródło: Gazeta Wyborcza

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.