Jun 24 2008

Firmy zmuszają pracowników do nielegalnych umów

Tag: Budownictwo i inne, biznes, gospodarkaadmin @ 10:08 am

W ubiegłym roku co trzeci wniosek o usunięcie nieprawidłowości, kierowany do firm przez inspektorów pracy, dotyczył nawiązywania i rozwiązywania umowy o pracę. Prawnicy podkreślają, że coraz częściej pracodawcy wykorzystują niejasne przepisy prawa pracy, różnice w ich interpretacji oraz brak orzecznictwa do ograniczenia praw pracownika lub zobowiązania ich do konkretnego zachowania.

A w takich sytuacjach udowodnienie, że złamali prawo, jest trudne i zawsze zależy od okoliczności sprawy.

Utrudnione rozstanie

Przykładem stosowania niedozwolonych klauzul w umowach o pracę jest pozbawienie pracownika możliwości jej wypowiedzenia przez określony czas, na przykład dwa lata.
Firmy często wiedzą, że umieszczanie takich zapisów w umowie jest bezprawne, ale liczą na to, że nie wie tego pracownik i dwa razy się zastanowi zanim złoży wypowiedzenie - mówi Arkadiusz Sobczyk, radca prawny z Kancelarii A. Sobczyk i Współpracownicy.

Podobnym przykładem jest zawieranie w umowach lub regulaminach pracy kar porządkowych za zachowanie lub działania, które zgodnie z kodeksem pracy nie powinny być w ten sposób karane. Na przykład za nieprzestrzeganie ustalonej w firmie organizacji pracy szef może nałożyć na pracownika karę upomnienia lub nagany, ale nie karę pieniężną.
Pracodawcy powinni zdawać sobie sprawę, że nie mogą dowolnie kształtować systemu kar i zastosować je np. wobec pracownika, który wypełnia swoje obowiązki, ale szef sądził że będzie bardziej wydajny - mówi Katarzyna Grzybowska, prawnik z kancelarii Michałowski, Stefański Adwokaci.

W takich sytuacjach pracodawcy mogą zastosować jednak inne metody, które zmotywują podwładnych do pracy. Zamiast niezgodnie z prawem nakładać na nich kary pieniężne, mogą na przykład obniżać lub nie przyznawać im premii.

Zakazane pytania o ciążę

Na nieuczciwych pracodawców muszą też uważać przyszli rodzice, w tym zwłaszcza kobiety. W trakcie nawiązywania stosunku pracy powinni sprawdzać, czy przyszły pracodawca wbrew przepisom nie zawarł w niej klauzuli, na podstawie której zrzekają się np. prawa do obniżenia wymiaru czasu pracy w okresie, w którym mogliby korzystać z urlopu wychowawczego. Klauzula taka z mocy prawa jest nieskuteczna, bo umowa o pracę nie może ograniczyć uprawnień pracownika, jakie przewiduje kodeks pracy. Jednak podobnie jak w przypadku pozbawiania prawa do wypowiedzenia umowy o pracę przez określony czas, firmy liczą na to, że pracownicy nie zdają sobie z tego sprawy i nie będą starać się o obniżenie wymiaru czasu pracy.

Już na etapie rekrutacji pracodawcy pytają kobiety, czy planują dziecko. Zdarzały się nawet przypadki, że żądali przedstawienia zaświadczeń od lekarza o tym, że nie są w ciąży - mówi Marta Krawczyńska z Centrum Praw Kobiet.

Czy dozwolona jest klauzula o odpowiedzialności majątkowej za mienie, którego pracownikowi nie można powierzyć, tj. takie, którym nie może dysponować - np. za tramwaj? W jakich przypadkach wprowadzenie do umów o pracę klauzul bezwzględnie zabraniających podejmowania jakiejkolwiek pracy u innego pracodawcy - jest legalne? Kiedy zobowiązanie pracownika do tego, aby odbierał telefon służbowy także poza godzinami pracy jest zgodne z prawem? Czy szkolenia w weekendy należy wliczać do czasu pracy? Dlaczego zgodne z prawem porozumienie z pracodawcą może być niekorzystne dla pracownika - np. w przypadku umów o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy?

Źródło: Gazeta Prawna


Jun 20 2008

Krach nieruchomościowy. Czy trzeba się bać?

Tag: Budownictwo i inne, biznes, gospodarkaadmin @ 10:16 am

Spadają ceny mieszkań i domów. Raty kredytów duszą właścicieli nowych, nagle tracących na wartości mieszkań. Spadają zyski firm budowlanych, indeksy giełdowe, za tym idzie recesja i wzrost bezrobocia. Taki dramat spotkał niedawno USA i Hiszpanię - dwa kraje, które uwierzyły, że dobra koniunktura na mieszkania może trwać wiecznie. Właśnie okazało się, że po raz pierwszy od lat w Polsce rośnie liczba bankructw firm budowlanych. Czy to początek domina i powtórka czarnego scenariusza w Polsce?

- Wczoraj dostałam pismo z banku. Piszą po prostu, że mój dom idzie na licytację - raty urosły tak mocno, że nie mam wyboru - takie opowieści jak ta, której Pamela Dorsey, mieszkanka miasteczka Inglewood w Kalifornii przedstawiła radiu BBC, nie są w USA rzadkim przypadkiem. “Największy kryzys jaki pamiętają żyjący” - czyli amerykańskie problemy z “subprime mortgage” i spadkiem wartości nieruchomości, dotknęły już miliony ludzi. Czy Polacy mogą doświadczyć podobnej traumy?

W XXI wiek Amerykanie wchodzili z optymizmem. Alan Greenspan, ówczesny szef banku centralnego FED, obniżał stopy procentowe, taniały więc pożyczki, a wraz z nimi, w zadziwiającym tempie, rosła zdolność kredytowa amerykańskich rodzin. Niezależnie od dochodów zawsze znajdował się jakiś pożyczkodawca, skłonny podać pomocną dłoń. Już prawie każdego było stać na własny, wymarzony biały domek na przedmieściach.

Co się stało w Ameryce?

Na przykład pracowników sezonowych Alberto i Rosy Ramirezów z Kalifornii, których szeroko opisywany przez media przypadek stał się symbolem krachu na rynku nieruchomości. Para zarabiając na zbieraniu truskawek 300 dolarów tygodniowo, uzyskała wspólnie z drugą rodziną o podobnych dochodach pożyczkę o wartości 720 tys. dolarów na dom z czterema sypialniami i dwiema łazienkami. Tymczasem roczne dochody pana Ramireza, na którego został udzielony kredyt, wynosiły tylko 15 tys. dolarów! Z grubsza biorąc oznacza, że umowę pożyczki na apartament za 1,6 mln złotych podpisał Kowalski zarabiający niecałe 3 tys. złotych miesięcznie.

Kiedy Ramirezowie wprowadzili się do nowego domu raty kredytu, który miał wynieść 4,8 tys. dolarów na dwie rodziny, skoczyły od razu do 5,3 tys. dolarów. Agent nieruchomości zapewniał ich, że mimo niskich dochodów, dzięki refinansowaniu pożyczki będą w stanie spłacać raty. - Czasami nie dojadaliśmy - mówiła Rosa Ramirez portalowi SFGate. Okazało się, że ani nowe pożyczki, ani praca na kilka zmian, nie wystarczały na rosnące raty kredytu. Rodzina Ramirezów przestała płacić, a prośby o renegocjowanie warunków pożyczki spotykały się z chłodną odmową tych samych firm, które wcześniej tak gorąco zachęcały do kupna domu. Wkrótce komornik zajął nieruchomość.

Teraz co miesiąc, wobec grubo ponad 200 tysięcy domów w USA, wszczynana jest egzekucja komornicza. Niegdyś wygodne, tętniące życiem przedmieścia zamieniają się w najlepszym razie w pustynie. Częściej jednak w slumsy.

Rozbite okna, zarastające trawniki, niszczejące i opuszczone domy - obrazki dotychczas oglądane tylko w filmach katastroficznych, to nowa twarz przedmieść. W podmiejskim Lee County na Florydzie, gdzie już jedna czwarta domów stoi pusta, rozbojów jest prawie o 60 proc. więcej, włamań o 35 proc.

Problemy ze ściągnięciem należności od szerokiej rzeszy pożyczkobiorców potężnie zachwiały finansami takich gigantów jak CitiBank, który na kredytach “subprime” stracił prawdopodobnie od 8 do 11 miliardów dolarów.

W USA na kryzys wywołany nieodpowiedzialnymi decyzjami kredytowymi instytucji finansowych nałożyła się fala drożyzny wywołana wysokimi cenami ropy naftowej. Firmy nie mogą sprzedać domów. To może doprowadzić do fali bankructw, nie tylko samych deweloperów, ale ściśle ze sobą powiązanych firm branży budowlanej, czyli np. przedsiębiorstw produkujących materiały budowlane i wyposażenie domów. Pracę tracą robotnicy, handlowcy i pośrednicy nieruchomości. Bezrobocie w USA wzrosło w maju do 5,5 proc. - to aż o pół procenta więcej niż w kwietniu. Jest to największy jednorazowy skok bezrobocia od ponad dwudziestu lat.

Hiszpańskie memento

Zdawałoby się, że statecznej Europie nie grozi szaleństwo na podobną skalę. Ale spójrzmy na Hiszpanię. Przez 14 lat należała do najszybciej rozwijających się gospodarek w Europie. Budowano tam co roku więcej mieszkań niż w Niemczech i Włoszech razem wziętych. Ten wzrost Hiszpanie zawdzięczali m.in. Niemcom i Brytyjczykom, których porwała wizja własnego domku pod gorącym hiszpańskim słońcem.

Hiszpanie pławili się w efektach gospodarczej prosperity aż do ubiegłego roku, kiedy po 14 latach wzrostu cen nieruchomości bańka w końcu pękła. Od razu w górę ruszyła inflacja, a bezrobocie wzrosło o 2,3 procenta w ciągu zaledwie jednego miesiąca, kiedy pracę straciły dziesiątki tysięcy pracowników firm budowlanych i współpracujących z nimi producentów i usługodawców.

Spadek cen nieruchomości dotkliwie uderzył po kieszeni ludzi, którzy wierzyli, że wzrost gospodarczy będzie trwał wiecznie. Teraz nie mogą ani sprzedać, ani spłacić przewartościowanych nieruchomości, bo rynkowa cena kupionej na kredyt nieruchomości spadła poniżej wartości zaciągniętej pożyczki. Kredytobiorca nie może uwolnić się od długu nawet sprzedając posiadane mieszkanie lub dom.

Akcje hiszpańskiego dewelopera Astroc poleciały w dół aż o 60 proc. Właściciel firmy Enrique Banuelos, który miał stać się hiszpańskim Abramowiczem, z dnia na dzień wyleciał z listy multimiliarderów miesięcznika Forbes. “Kraj ma za dużo nieruchomości, domy są ponad miarę zadłużone, a deweloperzy wciąż budują” - tak analitycy z Lombard Street Research opisali hiszpańską bańkę.

Czy tak może być w Polsce?

W przebiegu kryzysu nieruchomościowego można wymienić kilka typowych elementów. Najpierw stagnacja i obniżki cen mieszkań i domów. Później można się spodziewać reakcji giełdy. Firmy budowlane są raczej obowiązkowym walorem w portfelach inwestorów giełdowych, więc prawie wszyscy tracą. Kłopoty firm budowlanych oznaczają zwolnienia. Osoby, które kupiły mieszkania w szczycie “szału zakupów” tracą nawet połowę zainwestowanych pieniędzy i mają problemy ze spłatą rat kredytowych. Ludzie ograniczają konsumpcję i spada produkcja w innych branżach. W stanie gospodarczej stagnacji, lub nawet recesji w końcu zaczyna rosnąć bezrobocie.

Czy taki czarny scenariusz może się spełnić u nas?. Właśnie firma ubezpieczeniowa Euler Hermes opublikowała raport o polskim rynku nieruchomości. Twierdzi, że bańka nieruchomościowa powoduje już bankructwa mniejszych firm budowlanych.

- Zahamowanie wzrostu cen mieszkań oraz nieuwzględnienie - zwłaszcza przez nowych inwestorów - wyższych niż prognozowane wzrostów cen materiałów, energii i robocizny spowodowało kłopoty z płynnością finansową. Uderza to przede wszystkim w mniejsze firmy wykonawcze - tłumaczy Tomasz Starus z Euler Hermes.

Raport wskazuje, że w pierwszym kwartale 2008 roku liczba sądowo zakończonych upadłości firm budowlanych wzrosła o 80 proc. w stosunku do roku ubiegłego! Przez lata upadłości co roku było mniej.

- Deweloperzy wciąż starają się zaklinać rzeczywistość, dementując publicznie podwyższone ryzyko, ale sygnały z rynku świadczą o czymś innym. Branża budowlana jest szczególnie narażona na negatywny efekt domina przy zatorach płatniczych - dodaje Krzysztof Chechłacz z Euler Hermes.

Raport zapowiada, że szczyt fali bankructw w budownictwie jeszcze przed nami.

Mieszkania tanieją

W Polsce, na razie, znacząca obniżka cen dotyka co prawda starszych mieszkań, głównie tych z wielkiej płyty.

Rynek nieruchomości doszedł do sufitu, czyli mówiąc inaczej do bariery zdolności kredytowej nabywców. To wymusza spadek cen. Po szaleństwie lat 2004-2007, gdy ceny mieszkań wzrosły o około 200 proc., Polacy ostrożniej poruszają się na rynku nieruchomości, a wolnych mieszkań na rynku jest coraz więcej. Do kwietnia 2008 roku deweloperzy oddali do użytku aż o 79 proc. mieszkań więcej, niż rok temu. A może być jeszcze lepiej, ponieważ GUS podał, że w 2007 roku rozpoczęto budowę prawie 79 tys. lokali. Jeśli doliczymy do tego domy jednorodzinne, to według firm konsultingowej Reas, ogólna liczba oddanych lokali sięgnie w tym roku 190 tys. wobec 130 tys. w 2007 roku.

“(…)coraz częściej słychać głosy, że w większości dużych polskich miast ceny osiągnęły sufit. Firmy deweloperskie i spółdzielnie doszły do momentu, gdy ludzie nie są już w stanie więcej płacić za mieszkania. Widać wyraźnie, że tempo sprzedaży spadło. Również ceny nie rosną” - podaje w swoim ostatnim raporcie firma redNet Consulting (właściciel serwisu Tabelaofert.pl).” - pisze Gazeta Wyborcza w raporcie “Ceny mieszkań sięgnęły sufitu”.

” (…) W Krakowie, Trójmieście i we Wrocławiu barierą nie do pokonania dla kupujących było 8 tys. zł. Jak twierdzą analitycy z redNet Consulting, górny próg wytrzymałości portfela mieszkańców wspomnianych aglomeracji to 7-7,5 tys. za m kw. Podobnie jest w Poznaniu, gdzie mimo chęci deweloperów rynek nie był w stanie przetrawić ceny 7,5 tys. za m kw. Z kolei w Łodzi górny próg to 6,5 tys. zł. Barierę 8,5 tys. przebiła za to Warszawa. Tu zdaniem analityków ceny jednak zatrzymają się na 9 tys. zł.” - czytamy w Gazecie.

Spekulanci sprzedają

Wiele z tych nowych mieszkań trafia też od razu na rynek wtórny, przyczyniając się do zwiększenia podaży i zwiększając presję na spadek cen. “W śródmieściu Warszawy mieszkania z rynku pierwotnego są średnio o 25 proc. droższe od mieszkań wybudowanych w ciągu ostatnich dwóch lat i oferowanych na rynku wtórnym - mówi Monika Bazyl z firmy doradczej Reas.” - to GW z 12 czerwca. “(…) hiszpańscy czy brytyjscy spekulanci mogą sobie pozwolić na sprzedaż po cenie nabycia od firmy deweloperskiej. Przez ostatnie dwa lata złoty umocnił się względem euro i funta, a to oznacza, że zysk liczony w tych właśnie walutach jest całkiem pokaźny.” Spekulantom z zagranicy opłaca się więc w chwili obecnej sprzedać mieszkanie nawet po takiej samej cenie, po jakiej go kupili. W przeliczeniu np. na funty osiągną pokaźny zysk.

Już teraz klienci deweloperów zaczynają chwytać się różnych sztuczek, żeby wyzwolić się z niekorzystnych umów. Reszta zastanawia się, czy kupować teraz, czy czekać na nieuchronny spadek cen.

Skutki tej sytuacji odczuwają już firmy.

Teraz zaskoczeni pracownicy agencji nieruchomości nie mogą uwierzyć w pomysły przełożonych na desperackie cięcia wydatków. Takich jak w pewnej dużej agencji z filiami w największych miastach Polski, która w ubiegłym miesiącu próbowała wymóc na personelu znaczną obniżkę pensji. Z oddziału w Warszawie pracownicy zaczęli masowo uciekać do konkurencji. Humoru nie poprawia indeks giełdowy WIG-BUDOW, który od roku systematycznie spada. Jest już na poziomie o prawie połowę niższym niż w czerwcu 2007 roku.

Kredyt, stopy, inflacja

Jak dużo płacimy za mieszkanie zależy m.in. od tego jak drogi jest kredyt. A ten zależy od poziomu stóp procentowych banku centralnego. Ujmując rzecz najprościej - im wyższa inflacja, tym wyżej Rada Polityki Pieniężnej podnosi stopy procentowe, by powstrzymać wzrost cen. To działanie odbija się jednak fatalnie na kredytobiorcach. Im wyższe stopy, tym wyższe płacą raty.

Na razie sytuacja wygląda niewesoło. Od początku 2007 roku Rada Polityki Pieniężnej już siedem razy podnosiła stopy. I tak ktoś kto zaciągnął kredyt na 300 tys. złotych, musiał w maju zapłacić o około 150 złotych więcej niż jeszcze w styczniu. W chwili obecnej, polska gospodarka wciąż znajduje się w fazie szybkiego wzrostu. Ekonomiści są podzieleni w opiniach, co się stanie z polskim rynkiem nieruchomości.

- Nie da się utrzymać sześcioprocentowego wzrostu PKB w długim okresie - uważa prof. Jerzy Hausner, były wicepremier i minister gospodarki w rządzie Marka Belki. - Już w tym roku wzrost będzie wyraźnie niższy, między innymi dlatego, że RPP będzie musiała podnosić stopy procentowe.

W pesymistycznym wariancie, przedstawianym przez londyński bank Merrill Lynch, jeszcze w tym roku możliwy jest nawet trzykrotny wzrost stóp. Powodem ma być drożejąca na światowych rynkach ropa.

Nadzieja jest. - Koszty żywności i zwłaszcza energii, czyli droga ropa, mocno napędzają teraz inflację. Cena baryłki ropy powinna jednak ustabilizować się na poziomie 150 lub 160 dolarów za baryłkę. I z tym współczesna “gospodarka paradoksów” może sobie poradzić bez wpadania w recesję - mówi prof. Stanisław Lis z katedry Teorii Ekonomii Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Polacy zaczynają liczyć

Niewątpliwie niewesołe miny powinni mieć deweloperzy i kupcy mieszkań z okresu największej hossy. To oni stracą najwięcej, pierwsi gdyż będą zmuszeni do zmniejszenia swojej marży, a drudzy do spłacania przewartościowanych lokali.

Raport serwisu Tabelaofert.pl zwraca uwagę, że ceny oferowane w ogłoszeniach są wciąż wysokie, ale niewiele mają wspólnego z ostateczną ceną transakcyjną.

- Takie zachowanie można tłumaczyć optymizmem firm deweloperskich, które kupowały działki w czasach prosperity, mając nadzieję na niekończące się wzrosty cen - mówi Robert Chojnacki z redNet Consulting. - Tymczasem nabywcy nie chcą przewartościowanych mieszkań, niezależnie od lokalizacji.

Na przykład w Warszawie oznacza to, że nowo wystawione lokum może być kupione o jedną piątą taniej niż wynikałoby z pierwotnej ceny.

Kupując mieszkanie na rynku wtórnym można liczyć na znaczące upusty. Najwięcej można wytargować w Warszawie (12 proc.), Wrocławiu (9 proc.) i Łodzi, a najmniej w Krakowie (1,5 proc) i Katowicach (1 proc). Na rynku pierwotnym, śmiało można zawalczyć o upust 18-22 procentowy (we Wrocławiu, Trójmieście i Warszawie) lub 10 procentowy (w Poznaniu i Łodzi).

W efekcie mieszkania w 2009 roku wciąż będą tańsze niż teraz, dlatego warto wstrzymać się jeszcze z kupnem mieszkania. Spadek cen ma charakter trwały. A kupujący będą mieli większy wybór lokali.

Źródło: Gazeta Wyborcza


Jun 19 2008

GTC wybuduje kolejny odcinek autostrady A1

Tag: Budownictwo i inne, biznes, gospodarkaadmin @ 10:03 am

Przyspieszenie budowy autostrad było jedną z dziesięciu oficjalnych obietnic Donalda Tuska z ostatniej kampanii wyborczej. Na razie jednak przyspieszenia nie widać. Za rządów koalicji PO-PSL nie podpisano żadnych większych kontraktów na budowę nowych odcinków, a opozycja żądała już dymisji ministra infrastruktury Cezarego Grabarczyka (PO).

Jak ustaliła “Gazeta”, w najbliższych dnia Grabarczyk przejdzie do kontrataku. Pierwszym sukcesem będzie ogłoszenie zakończenia negocjacji z firmą Gdańsk Transport Company (GTC), która ma wybudować 62-kilometrowy odcinek autostrady A1 między Grudziądzem a Toruniem, a następnie nim zarządzać (udziałowcami GTC są m.in. budowlany koncern Skanska, deweloperska firma NDI z Sopotu oraz specjalizująca się w eksploatacji autostrad firma Intertoll z RPA).

Negocjacje resortu z firmą rozpoczęły się w marcu. - Jesteśmy bliscy podpisania ostatecznej umowy - przyznaje Andrzej Maciejewski, rzecznik Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA). - Jesteśmy gotowi do jej podpisania choćby jutro - twierdzi Aleksander Kozłowski z GTC.

Nieoficjalnie ustaliliśmy, że negocjacje zostały już zakończone. Ma to jednak ogłosić oficjalnie minister Grabarczyk, być może już jutro.

Na jakich warunkach GTC wybuduje autostradę? - Odcinek Grudziądz - Toruń ma być gotowy do końca 2011 r. - mówi nasz informator związany z GDDKiA. - Wynegocjowane stawki za budowę to ok. 12 mln euro za kilometr i ok. 190 mln euro za budowę trzech mostów. Łącznie daje to sumę ok. 3,1 mld zł.

GTC udało się wynegocjować zmianę projektu tego fragmentu autostrady. GDDKiA planowała, że pod Grudziądzem powstanie największy w Polsce most podwieszany, a nasyp autostrady od razu będzie zbudowany pod trzy pasy ruchu w każdym kierunku (choć na razie budowane mają być tylko dwa).

- Zamiast mostu podwieszanego powstanie tańszy most tradycyjny, z podporami w rzece. Nie będzie też zamrażania pieniędzy w ziemi, nasyp autostrady będzie tylko na dwa pasy ruchu. Ziemia pod dodatkowy pas będzie położona dopiero podczas rozbudowy autostrady w przyszłości - mówi nasz informator.

Będzie to kolejny odcinek autostrady skonstruowany przez GTC. Budowa pierwszego, 90 kilometrów A1 z Gdańska do Grudziądza, rozpoczęła się w 2005 r., a zakończy w październiku 2008 r.

Zgodnie z wcześniejszymi planami GTC miało rozpocząć budowę odcinka Grudziądz -Toruń już w 2007 r. Minister transportu w rządzie PiS Jerzy Polaczek w 2006 r. wyrzucił jednak GTC z budowy i zdecydował, że drogę wybuduje państwo. - Tak będzie szybciej i taniej - twierdził. Przegrał jednak w sądzie, a do rozmów z GTC wrócił dopiero minister Grabarczyk.

Gdyby Polaczek od razu postawił na kontrakt z GTC i w 2006 r. podpisał wynegocjowaną za rządów Marka Belki umowę na budowę odcinka Grudziądz - Toruń, zapłacilibyśmy za tą drogę niemal dwa razy mniej niż dzisiaj: 5,5 mln euro za kilometr i 131 mln euro za mosty, łącznie jest to suma ok. 1,6 mld zł.

Źródło: Gazeta Wyborcza


Jun 17 2008

Luksusowe hotele walczą o klienta

Noc w luksusowym pięciogwiazdkowym hotelu Westin w Warszawie (w pokoju będzie duma sieci - tzw. niebiańskie łoże - trzy prześcieradła, pięć poduszek, dziesięciowarstwowy stelaż) kosztuje według oficjalnego cennika 130-160 euro. Od niedawna w promocji można tam przenocować nawet o połowę taniej.

W nie mniej ekskluzywnym Sofitelu Victoria za dobę płaci się 215 euro. Jednak w reklamowanej na stronach internetowych Orbisu ofercie specjalnej już tylko 80.

Powód obniżek? - Mamy wojnę cenową na rynku hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych - twierdzi Arkadiusz Wicik z agencji Fitch Polska, która monitoruje ten rynek.

Klientów jest za mało, hoteli za dużo. Przez ostatnie 18 miesięcy tylko w Warszawie oddano do użytku ok. 2 tys. pokoi z tzw. średniej i wyższej półki (Westin, Intercontinental, Courtyard by Marriott, kompleks hoteli sieci Envergure). Podobnie jest w Krakowie. Do wiosny nie było tam żadnego obiektu pięciogwiazdkowego. Dziś są już trzy: Sheraton, wyremontowany, zabytkowy Grand Hotel oraz otwarty kilka dni temu Radisson SAS.

Zdaniem Wicika wskaźnik ich obłożenia (informuje, ile procent powierzchni jest wykorzystanej) jest niższy o co najmniej kilka procent niż na Zachodzie. Tam np. w sieci hoteli Accor wynosi ok. 62 proc.

Rodzimi hotelarze nieoficjalnie przyznają, że co najmniej połowa łóżek w luksusowych obiektach jest pusta, co sprawia, że balansują one na granicy opłacalności. Budowa jednego pokoju w tym segmencie kosztuje zaś ok. 100-150 tys. euro!

Tymczasem na rynku cały czas pojawiają się nowe inwestycje. W tym i przyszłym roku w Trójmieście planowane jest otwarcie 12 nowych hoteli (razem 1,4 tys. miejsc), m.in. Radisson SAS. W stolicy do roku 2006 - ośmiu (1,5 tys. pokoi), m.in. Hilton, Polonia, Qubus, Barceló.

Na co liczą inwestorzy?

- Hotelarstwo to nie jest inwestycja sezonowa - przekonuje Krzysztof Gerula, wiceprezes Orbisu (firma należy do międzynarodowej sieci Accor). - Nie zwraca się w rok, ale raczej w dwanaście lat. Można pozwolić sobie na początku na straty.

Według prezesa Orbisu wielkie sieci spoglądają na Polskę tak: kraj perspektywiczny, właśnie wszedł do Unii, będzie go odwiedzać coraz więcej biznesmenów [Instytut Turystyki podaje, że liczba turystów zagranicznych korzystających z hoteli będzie rosła przez najbliższe trzy lata o 4,2 proc. rocznie - przyp. red.], jest tam nasza konkurencja, to musimy wejść i my.

Co później? - Za dwa lata wojna się skończy - przekonuje Fitch. - Ceny się ustabilizują i nadejdzie czas na zyski.

Hotele cztero- i pięciogwiazdkowe wyrzucą z centrów dużych miast te mniej prestiżowe, które przeniosą się tam, gdzie ziemia jest tania - na przedmieścia albo pod miasto. Tak jest np. w Moskwie - w centrum nie ma żadnego obiektu poniżej czterech gwiazdek, hotele najwyższej kategorii są zabukowane w 80 proc. a nocleg kosztuje średnio… 122 euro.

Obecne w Polsce sieci skoncentrują się zaś na inwestycjach w obiekty niższej kategorii. Już w tym momencie Orbis pracuje nad projektem budowy 10-20 hoteli jednogwiazdkowych o nazwie Etap. Będą to niewielkie pokoje z łazienką w cenie poniżej 100 zł za dobę (bez telefonu i minibaru), ulokowane przeważnie w byłych miastach wojewódzkich.

Podobne plany ma ekonomiczna sieć Hotele 500 należąca do J.W. Construction. Spółka (mimo że coraz głośniej jest o planach jej odsprzedaży) buduje właśnie obiekt pod Krakowem, a w przygotowaniu ma kilka innych realizacji.

- Tanie hotele w perspektywie kilku lat to jeden z najszybciej rozwijających się segmentów rynku - ocenia Maciej Gnoiński z J.W. Construction.

Źródło: Gazeta Wyborcza  Piotr Miączyński


Jun 11 2008

Jak łatwo ukraść Twoją tożsamość?

Tag: Budownictwo i inne, biznes, gospodarkaadmin @ 9:53 am

Większość ludzi nie wie, jaką drogę przebywają dokumenty wyrzucane codziennie do śmieci. Wyciągi z banku, zestawienia z kart kredytowych, błędnie wypełniony PIT. Być może bezpiecznie dotarły na wysypisko i ślad po nich zaginął. Ale mogą również leżeć w kieszeni kogoś, kto zna już nie tylko adres i nazwisko panieńskie matki, ale również numer karty kredytowej i jej termin ważności.

Kto ponosi za to winę?

W epoce komputerowej kradzieży danych w Internecie (phishingu) i hackerów zapomina się często, że najłatwiejszym sposobem wyczyszczenia prywatnego konta i kradzieży tożsamości wciąż jest uzyskanie dostępu do wyrzucanych dokumentów. Łatwo ulegamy złudzeniu, że instalując w komputerze oprogramowanie ochronne i program antywirusowy, zapewnia się dostateczną ochronę najcenniejszych danych oraz haseł dostępowych.

Zapominamy jednak o tym, że to właśnie my sami najczęściej wkładamy w ręce złodziei informacje, działające jak obosieczny miecz. Z jednej strony dbamy o bezpieczeństwo danych elektronicznych, z drugiej lekkomyślnie wyrzucamy na śmietnik niezniszczone wyciągi z banku, faktury z naszymi danymi, czy błędnie wypełnione PIT-y.

Pracownicy firm wywożących odpady wiedzą, że wysypisko jest miejscem, gdzie oprócz śmieci można znaleźć bezcenne dla złodziei informacje. Ważny paszport, rachunek z hotelu z numerem karty kredytowej, kserokopie kart wraz z datami ważności - to tylko niektóre z dokumentów znalezionych w ubiegłym miesiącu. Jeśli dostaną się w niepowołane ręce, nagle możemy zorientować się, że mamy sobowtóra korzystającego z tego samego co my dowodu, konta i karty kredytowej.

W przeciwieństwie do nas, osoba ta prowadzi dość luksusowe życie - kupuje drogi sprzęt hi-fi, samochód, czasem nawet zaciąga kredyt. Nic dziwnego, w końcu robi to na nasz rachunek. Jeśli będziemy mieli pecha, o swojej podwójnej tożsamości możemy dowiedzieć się nawet po kilku miesiącach. Złodziej najprawdopodobniej pozostanie bezkarny, my natomiast będziemy musieli ponieść wszelkie nieprzyjemne, i często kosztowne, konsekwencje chwilowej beztroski.

Wszyscy za to zapłacimy

Czy i Polska będzie musiała wkrótce borykać się bolesnymi dla gospodarki skutkami kradzieży tożsamości? W samej tylko Wielkiej Brytanii kradzież tożsamości przynosi gospodarce coroczne straty wysokości 1.3 mld funtów, a kradzież gotówki z nieprawidłowo zabezpieczonych kont bankowych 14 mld funtów. Około 29.7 mln funtów strat zostało spowodowanych przez lekkomyślne zachowanie osób, których karty złodzieje skopiowali korzystając z danych znalezionych na wyrzuconych wyciągach.

Wagi konieczności niszczenia dokumentów bardzo często nie doceniają firmy. Według GIODO (Główny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych): “Kto administrując zbiorem danych lub będąc obowiązany do ochrony danych osobowych, udostępnia je lub umożliwia dostęp do nich osobom nieupoważnionym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 (Art. 51 Ustawy o Ochronie Danych Osobowych)”. Dlatego warto upewnić się, czy nasz bank, ubezpieczyciel lub operator komórkowy na pewno odpowiednio chronią dane swoich klientów.

Mądry Polak przed szkodą?

Możemy jednak zapobiec wyciekowi najważniejszych dla nas danych w niepowołane ręce. Jak to zrobić? Najprostszym i najskuteczniejszym sposobem jest regularne i staranne niszczenie dokumentów zawierających dane osobowe. Niestety, przedarcie kartek na cztery nie daje zadowalającego efektu. Dlatego najbardziej zalecaną metodą jest korzystanie z domowej lub biurowej niszczarki dokumentów.

Według Dariusza Wilka, dyrektora marketingu firmy Fellowes, “w Polsce sprzedaż przez ostatnie lata koncentrowała się na dostarczaniu niszczarek dla firm, biur i instytucji, które doskonale rozumieją potrzebę ochrony informacji. Po raz pierwszy w tym roku obserwujemy znacznie większe zainteresowanie modelami niszczarek przystosowanymi do pracy w domu. Odmienna sytuacja panuje w USA i Zachodniej Europie, gdzie niszczarka jest wyposażeniem bardzo wielu gospodarstw domowych. Cieszy nas to, że również Polacy zaczynają w odpowiedzialny sposób chronić siebie i swoje rodziny”.

Fellowes zaleca następujące kroki ochrony dokumentów zawierających dane osobowe:

* Przechowywanie wszystkich ważnych dokumentów w bezpiecznym miejscu.
* Staranne niszczenie przed wyrzuceniem wszystkich dokumentów zawierających dane, które mogą zostać wykorzystane przeciwko nam
* Regularne sprawdzanie wyciągów z kart kredytowych i banku. Jak najszybszy kontakt z bankiem w przypadku zauważenia nieprawidłowości.
* Nadawanie różnych haseł dostępu kontom internetowym. Hasło powinno być trudne do odgadnięcia, i nie powinno to być np. imię domowego zwierzaka lub dziecka
* Jeśli to możliwe, zalecane jest korzystanie z serwisu SMS banku, informującego natychmiastowo o każdej dokonywanej transakcji

źródło: Bankier.pl


Jun 10 2008

Nowy sposób na wyższy kredyt

Tag: Budownictwo i inne, biznes, gospodarkaadmin @ 12:12 pm

Niebotyczne ceny nieruchomości i rosnące koszty kredytu powodują, że aby kupić mieszkanie, Polacy uciekają się do pomocy rodziców. I nie chodzi wcale o pożyczenie od nich pieniędzy, lecz o pomoc w podwyższeniu zdolności kredytowej. ‐ Młode małżeństwa coraz częściej biorą kredyt wraz z rodzicami jednego z małżonków ‐ mówi Magdalena Rucka, doradca finansowy Kredyt Banku z Trójmiasta, gdzie już co czwartą umowę podpisują nie jedna czy dwie, lecz trzy ‐ cztery osoby. ‐ To daje szanse na uzyskanie kredytu. Wiek młodych małżonków pozwala rozłożyć kredyt na wiele lat, a dochody rodziców gwarantują odpowiednią zdolność kredytową ‐ wyjaśnia.

Wielopokoleniowe kredyty zaczęły się upowszechniać pod koniec 2007 r., gdy rosnące odsetki w złotych coraz większej liczbie zainteresowanych zamykały drogę do kredytów we frankach szwajcarskich, przy których udzielaniu obowiązują surowsze zasady. ‐ Mamy wielu klientów, którzy po bezskutecznym poszukiwaniu w bankach kredytu we frankach wracają pod rękę z rodzicami ‐ mówi Rucka.

‐ Tego typu pożyczki są szczególnie popularne poza Warszawą ‐ dodaje Paweł Majtkowski z Expandera. Często gra toczy się o kilkaset złotych brakujących do uzyskania zdolności kredytowej. Jak wynika z obliczeń Expandera, rodzina z dwójką dzieci, która chce pożyczyć 300 tys. zł na 30 lat we frankach w Kredyt Banku, musi mieć miesięczny dochód w wysokości 3700 zł, podczas gdy do kredytu złotowego wystarczyłoby 3300 zł. Z ratami jest już odwrotnie ‐ spłata tego samego zadłużenia we frankach kosztuje obecnie o 35 proc. mniej niż pożyczki złotowej.

W skali całego rynku odsetek wielopokoleniowych kredytów wciąż nie jest duży. ‐ Większość osób nie wie o możliwości wspólnego pożyczania. Inni z kolei są przekonani, że wiek rodziców odebrałby im szanse na długoletni kredyt ‐ twierdzi Aleksadra Łukasiewicz, dyrektor produktów bankowych w Open Finance. A tak bywa, ale nie wszędzie. Niektóre banki, m.in. Raiffeisen, Millennium i Kredyt Bank, przy obliczaniu okresu kredytowania biorą pod uwagę wiek najmłodszego z kredytobiorców.

Z kolei np. w Nordei, gdy najstarszy kredytobiorca kończy 70 lat, zadłużenie nie może przekroczyć 40 proc. wartości nieruchomości. ‐ To jedyne obostrzenie ‐ zapewnia Piotr Zawadzki, dyrektor departamentu bankowości hipotecznej w Nordea Bank Polska. Nic dziwnego, bo przy spadającej sprzedaży kredytów takie rozwiązanie zwiększa liczbę potencjalnych klientów.

Zdaniem Marcina Gałacha z departamentu kredytów detalicznych Kredyt Banku wielopokoleniowych kredytów będzie przybywać. ‐ Stopy procentowe w Polsce idą w górę, a Komisja Nadzoru Finansowego oczekuje obecnie od banków, aby zobowiązania kredytowe nie przekraczały 65 proc. dochodów kredytobiorcy, podczas gdy jeszcze niedawno było to ok. 70 proc. ‐ mówi Gałach.

Źródło: Dziennik.pl


Jun 05 2008

Ernst&Young: Polska najlepsza w Europie

Tag: Budownictwo i inne, biznesadmin @ 6:49 pm

Europa straciła prymat atrakcyjności dla inwestycji zagranicznych - wynika z raportu Ernst&Young. Firma przedstawiła w czwartek w Warszawie wyniki dorocznego raportu atrakcyjności inwestycyjnej. Najwięcej zainteresowania na kontynencie wzbudza Polska.

Europa traci pozycję lidera atrakcyjności miejsc do inwestowania na rzecz krajów Azji - Chin i Indii. Również Polska znalazła się poza pierwszą dziesiątką najatrakcyjniejszych regionów inwestycyjnych świata, w ubiegłych latach była w tym rankingu na 5. miejscu w 2005 i na 7. miejscu w 2006 r. - poinformowała Agnieszka Tałasiewicz z Ernst&Young, prezentując raport.

Europa Zachodnia znacząco straciła w rankingu. Europa jako całość zyskuje dzięki dobrej atrakcyjności Europy Środkowej i Wschodniej - podała.

Tegoroczny raport nie omawia szczegółowo sytuacji poszczególnych krajów, skupia się na kontynencie. Z danych Ernst&Young wynika, że dla ankietowanych przez firmę menedżerów Polska jawi się jako najatrakcyjniejsze miejsce przyszłych potencjalnych inwestycji - powiedziała Tałasiewicz. 18 proc. ankietowanych, pytanych o przyszłe potencjalne plany inwestycyjne, jako miejsce preferowanych inwestycji zagranicznych wskazało Polskę, 16 proc. Niemcy, a 12 proc. Rosję - podała.

Według Krzysztofa Rybińskiego z Ernst&Young nasz kraj powinien skorzystać z tego pozytywnego nastawienia menedżerów i być przygotowanym na potencjalne inwestycje. W jego ocenie w związku z trudną sytuacją na światowym rynku, Polska powinna wykorzystać decyzje o przesuwaniu inwestycji i przyciągać je.

“Polska powinna wykorzystać fakt, iż jest postrzegana jako najbardziej atrakcyjna lokalizacja inwestycji w Europie - do przyspieszenia reform oraz radykalnej poprawy stanu naszej infrastruktury technicznej i infrastruktury wiedzy” - powiedział Rybiński.

W dziedzinie inwestycji już dokonanych Polska jest na drugim miejscu w Europie, jeśli chodzi o liczbę miejsc pracy, które powstały w wyniku inwestycji zagranicznych w 2007 r. (18,4 tys.). Wyprzedza nas Wielka Brytania (24,2 tys. nowych miejsc pracy), przy znacznie większej liczbie projektów (713). Polska pod względem liczby projektów w Europie jest na siódmym miejscu (146).

W 2007 r. najwięcej inwestycji zagranicznych na świecie trafiło do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji, Holandii i Chin. Europa Zachodnia przyciąga coraz więcej usług, głównie dla biznesu, podczas gdy we wschodniej części kontynentu przeważają inwestycje produkcyjne - wynika z raportu.

Najważniejszymi kryteriami podjęcia decyzji o lokalizacji inwestycji są dla menedżerów stabilny system prawny i polityczny danego kraju, infrastruktura logistyczna i transportowa oraz coraz częściej - głównie w przypadku usług - infrastruktura telekomunikacyjna - podała Tałasiewicz.

Najbardziej pożądanymi dla inwestorów zmianami byłaby w Europie łatwość przepływu inwestycji pomiędzy poszczególnymi krajami kontynentu - wynika z badań. Na korzyść kontynentu działa wysoka ocena potencjału innowacyjnego - 76 proc. badanych uważa, że Europa ma dobry potencjał w tej dziedzinie.

Menedżerów cechuje duża wiara w perspektywy rozwoju inwestycji zagranicznych w Europie - nastawienie, że sytuacja poprawi się, ma w sumie 56 proc. badanych, a jedynie 11 proc. przewiduje, że sytuacja się pogorszy - podaje raport.

Prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych Paweł Wojciechowski podkreślił, że Polska za najcenniejsze uznaje inwestycje w nowe technologie. Agencja stara się wspierać takich inwestorów.

Wojciechowski podkreślał, że nadal atutami naszego kraju w przyciąganiu inwestycji zagranicznych jest lokalizacja, przynależność do wspólnego rynku UE i duży rynek wewnętrzny, młoda wykształcona kadra i perspektywa wydania przez nasz kraj w najbliższych latach na inwestycje w sumie ponad 80 mld euro.

“Decyzje inwestorów mogą być ostrożniejsze, mogą oni mieć mniejszą skłonność do inwestowania w ogóle w skali globalnej. Dlatego również udział w wielkości bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce może ulec zmniejszeniu. Ale powodem będą względy globalne, a nie gorsza atrakcyjność Polski na tle innych krajów” - powiedział.

Priorytetem PAIIZ pozostaje przyciąganie inwestycji w wysokie technologie. Obecnie faktycznie obsługiwanych przez agencję jest 147 projektów z 20 państw - podał. Od stycznia do maja rozpoczęto 25 inwestycji, w wyniku których ma powstać 5 tys. nowych miejsc pracy - podał prezes.

W ocenie Rybińskiego światowa gospodarka, przesuwając się w stronę Chin i Indii, wraca do notowanej już w historii sytuacji, gdy połowa PKB powstawała w tych krajach. W jego ocenie to duże wyzwanie dla “leniwej, utuczonej Europy”. “Europa pozostaje jednak mądra i powinna to wykorzystać, stając się światowym centrum innowacji” - mówił.

Raporty o atrakcyjności inwestycyjnej firma Ernst&Young przygotowuje co roku - od sześciu lat.

Źródło: PAP


Jun 04 2008

W Polsce buduje się drogi nietrwałe, bo tanie

Tag: Budownictwo i inne, biznesadmin @ 11:05 am
Koszt budowy drogi asfaltowej jest niższy niż nawierzchni betonowych, ale trzeba je remontować już po dziesięciu latach. Brakuje jednak cementu, więc i tak będziemy skazani na gorsze drogi asfaltowe.

Mimo że szacunkowy koszt budowy drogi asfaltowej jest o około 20 proc. niższy niż drogi betonowej, to asfaltowa nawierzchnia najczęściej już po dziesięciu latach wymaga remontu. Droga betonowa może być eksploatowana nawet przez 30-40 lat. Jednak krajowe, roczne, zdolności produkcyjne to tylko 18 mln ton cementu. Musimy się także liczyć z limitami emisji CO2. Nie mamy wystarczająco dużo cementu na budowę dróg betonowych.

- Dla nas najważniejsza jest cena wykonania - mówi Artur Mrugasiewicz z Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Tymczasem, przy uwzględnieniu kosztów spodziewanych remontów, droga betonowa jest tańsza.

- Nie jest przypadkiem, że połowa dróg w Niemczech, Austrii, Belgii i Wielkiej Brytanii to drogi o nawierzchni betonowej - mówi Piotr Kijowski ze Stowarzyszenia Producentów Cementu. Firmy budowlane podkreślają, że ich koszty budowy rosną nie tylko dlatego, że droższa jest robocizna, ale drożeją też materiały. Asfalt jest produktem ubocznym przy przerobie ropy naftowej.

- Średnio masa asfaltowa zdrożała w ciągu roku o 20 proc. - mówi Krzysztof Kopeć z Grupy Lotos.

Masa asfaltowa to 5 proc. tego, co powszechnie nazywamy asfaltem - reszta to kruszywo. Cement także zdrożał, wiec zdecydowana większość budowanych dróg w kraju nadal ma nawierzchnie asfaltowe. Są one tańsze, więc za te same pieniądze można wybudować znacznie więcej kilometrów.

Na betonową nawierzchnię zdecydowano się tylko w przypadku autostrady A4 z Wrocławia do granicy z Niemcami i niewielkiego odcinka na drodze nr 8 w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego.

Drogi betonowe budują też niektóre gminy. W sumie mamy w kraju tylko około 600 km dróg betonowych.

Zdaniem specjalistów najbardziej opłaca się budować drogi betonowe w okolicach cementowni.

- Beton trudno dowozić na duże odległości, maksymalnie może to być 30-40 km - mówi Michał Wuczyński z firmy Awbud.

Droga betonowa jest tym bardziej opłacalna, im większy jest na niej ruch. Zaleca się taką nawierzchnię, gdy obciążenie drogi przekracza 20 tys. pojazdów na dobę.

- Nam jest wszystko jedno, w jakiej technologii budujemy drogi - twierdzi Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Budownictwa.

Źródło: Gazeta Prawna

Jun 03 2008

Polacy nie radzą sobie z płaceniem długów

Tag: Budownictwo i inne, biznesadmin @ 8:35 am

Te zaskakujące dane przyniósł opublikowany wczoraj raport firmy InfoMonitor BIG, która zbiera dane o zadłużonych Polakach.

Z wyliczeń InfoMonitora wynika, że wartość naszych zaległości rośnie lawinowo. Jeszcze w sierpniu 2007 r. więcej niż dwa miesiące zwłoki mieliśmy w spłacie prawie 5 mld zł długów. Dziś kwota zaległości sięga już 6,7 mld zł. W zaledwie trzy kwartały przybyło aż 1,8 mld zł nowych długów, których nie spłacamy w terminie!

Rośnie też liczba Polaków mających kłopoty ze spłatą długów. W sierpniu 2007 r. nie przekraczała miliona osób, dziś jest to już 1,2 mln.

Eksperci nie mają wątpliwości: coraz więcej domowych budżetów rozkładają na łopatki stałe rachunki - rosnące czynsze za mieszkanie czy wyższe ceny prądu, który od początku roku podrożał o kilkanaście procent.

Ale nie tylko. Za górę naszych zaległości płatniczych częściowo odpowiada też boom kredytowy. Przez ostatni rok wartość zaciągniętych przez Polaków kredytów bankowych wzrosła o rekordową kwotę 60 mld zł. Dziś jesteśmy winni bankom już 230 mld zł.

Do niedawna boom napędzały kredyty hipoteczne, teraz są to karty kredytowe i szybkie pożyczki gotówkowe. Polaków nie odstrasza coraz wyższa inflacja, która przekłada się na wyższe raty kredytów.

Rosnące stopy procentowe - od kwietnia ubiegłego roku Rada Polityki Pieniężnej podniosła je o 1,75 pkt proc. - sprawiają, że coraz więcej Polaków przyznaje się w badaniach opinii publicznej do kłopotów ze spłatą coraz wyższych rat. Według firmy AZ Finanse już połowa osób, które zaciągnęły kredyt, przeznacza połowę pensji lub więcej na stałe płatności, czyli comiesięczne rachunki i raty. Większość analityków spodziewa się, że inflacja będzie nadal rosła, a wraz z nią oprocentowanie kredytów.

Przez rok oprocentowanie przeciętnego kredytu mieszkaniowego w złotych wzrosło z 5 do ponad 7 proc. Jeśli ktoś rok temu płacił 1500 zł miesięcznej raty, dziś musi wysupłać już 1900 zł.

-Wziąłem kredyt hipoteczny na 30 lat. W czerwcu 2006r. oprocentowanie wynosiło 5,94 proc. Już po kilku miesiącach oprocentowanie podniesiono mi do 6,12 proc., w lipcu 2007r. płaciłem już 6,61 proc., w październiku tamtego roku - równe 7 proc., zaś w styczniu 2008r. bank poinformował, że podwyższa oprocentowanie do 7,6 proc. Moje miesięczne raty rosną w zastraszającym tempie - z 778 zł do 894 zł -mówi nam pan Marian z Warszawy.

Bankowcy uspokajają: z raportu wynika, że największe problemy mamy z pożyczkami gotówkowymi - nie spłacamy co dziesiątej. Kłopoty ze spłacaniem kredytów mieszkaniowych, które stanowią połowę naszego zadłużenia, w maju miało “tylko” 1,13 proc. osób.

-To nie jest poważne niebezpieczeństwo, bo pensje Polaków cały czas rosną -mówi “Gazecie” Józef Wancer, prezes banku BPH. Przyznaje jednak, że banki uważnie przyglądają się takim raportom i po takich informacjach ich polityka kredytowa może być “bardziej wyważona”.

Gołym okiem widać, że niektóre banki lekką ręką pożyczają klientom pieniądze. - Niektóre jeszcze niedawno wyliczały zdolność kredytową klienta, ustalając koszty utrzymania na poziomie np. 100-200 zł miesięcznie na osobę -mówił na Forum Bankowym Tomasz Bieske z Ernst & Young.

Bankowcy, choć twierdzą, że nie ma jeszcze mowy o pladze niespłacanych kredytów, przyznają, że zastanawiają się nad przykręceniem śruby klientom. W kwietniowej ankiecie Narodowego Banku Polskiego prawie połowa pytanych bankowców (45 proc.) przyznała, że w najbliższych miesiącach nie będzie już udzielać kredytów tak lekką ręką. Tylko 8 proc. bankowców rozważało złagodzenie wymogów wobec pożyczkobiorców.

Źródło: Gazeta Wyborcza


May 29 2008

Analitycy: Zarobki w kwietniu wzrosły o 11,1 proc.

Tag: Budownictwo i inne, Hotele i wypoczynek, biznesadmin @ 11:50 am

Warszawa, 19.05.2008 (ISB) - Wynagrodzenia w przedsiębiorstwach wzrosły w kwietniu br. o 11,1% r/r wobec 10,2% w marcu, uważają analitycy. Według nich, utrzymanie wysokiej dynamiki wzrostu płac to efekt coraz większych kłopotów z pozyskaniem wykwalifikowanych pracowników i rosnącymi roszczeniami płacowymi. Ostrzegają jednak, że na dłuższą metę utrzymywanie takiej dynamiki - co jest bardzo prawdopodobne - będzie negatywnie wpływało na gospodarkę. W tym okresie zatrudnienie wzrosło o 5,8% r/r, czyli podobnie jak w poprzednim miesiącu.

Jedenastu ekonomistów, uwzględnionych w ankiecie agencji ISB, przewiduje, że wynagrodzenia w firmach wzrosły w lutym średnio o 11,11% r/r. Rozbieżności w prognozach były tym razem znaczne, a ich oczekiwania wahają się od 8,6% do 11,7%.

“Oczekujemy powrotu dynamiki wynagrodzeń do niemal 12% r/r, czemu sprzyjał - podobnie, jak w poprzednich miesiącach - rosnący popyt na pracę w połączeniu z ograniczoną podażą pracy, głównie ze względu na emigrację oraz niską aktywność zawodową” - powiedział analityk Banku Handlowego Piotr Kalisz.

Pozostali eksperci podzielają jego ocenę, dodając kolejne czynniki wpływające na wysoką dynamikę wynagrodzeń w kwietniu.

“Wyższej dynamice płac w kwietniu sprzyja nieco niższa baza statystyczna z poprzedniego roku. Pozostałe czynniki wysokiego tempa wzrostu płac pozostają nadal aktualne, w tym przede wszystkim zacieśniająca się sytuacja na rynku pracy, przy szybko spadającym bezrobociu oraz sygnalizowane przez przedsiębiorców problemy ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników i wysokie żądania płacowe, także w sektorze publicznym” - tłumaczy analityk Banku BPH Maja Goettig.

Jej zdaniem, podwyższaniu płac sprzyjają też bardzo dobre wyniki finansowe przedsiębiorstw za poprzedni rok. Goettig szacuje, że w całym 2008 roku średnie tempo wzrostu płac będzie na dwucyfrowym poziomie, ok. 11,0%. Te spostrzeżenia potwierdzają ekonomiści z innych banków.

“Utrzymywanie się wysokiego tempa wzrostu wynagrodzeń związane jest z bardzo dobrymi wynikami finansowymi przedsiębiorstw w zeszłym roku oraz z niską podażą pracy, skłaniającą do zwiększania wynagrodzeń celem zatrzymania i pozyskania nowej kadry pracowniczej” - potwierdza główny ekonomista Invest Banku Jakub Borowski.

Borowski także uważa, że wysokie tempo wzrostu wynagrodzeń utrzyma się w całym 2008 roku, ale ostrożnie wskazuje pierwsze symptomy, mogące wskazywać powolne wyhamowywanie dynamiki płac.

“W kolejnych miesiącach spodziewam się utrzymania dwucyfrowej dynamiki płac, choć niższe tempo wzrostu wydajności wraz ze obniżeniem konkurencyjności cenowej polskich przedsiębiorstw i ograniczeniem dynamiki popytu będzie stopniowo zmniejszać skłonność do ulegania przez przedsiębiorców płacowym roszczeniom pracowników” - zastrzega analityk Invest Banku.

Pozostali eksperci zwracają głównie uwagę na efekt statystyczny - niską ubiegłoroczną bazę. Jednak, podobnie jak Jakub Borowski, ostrzegają przed negatywnymi konsekwencjami szybko rosnących płac.

“Wzrost rocznej dynamiki płac wiąże się częściowo z efektem niskiej bazy z roku poprzedniego, ale mimo wszystko wciąż utrzymuje się powyżej dynamiki wydajności pracy, co poprzez wzrost jednostkowych kosztów pracy nasila zagrożenia dla inflacji w dłuższym horyzoncie. Dodatkowo, należy pamiętać, że obok rosnących płac w sektorze przedsiębiorstw następuje silny wzrost wynagrodzeń w sferze publicznej, co zwiększa proinflacyjne oddziaływanie płac” - zauważa analityk Banku Millennium Grzegorz Maliszewski.

“Wzrost rocznej dynamiki płac wynika przede wszystkim z efektu bazy i efekt ten może sprawić, iż tak wysokiej dynamiki w tym roku już nie zobaczymy. Zwłaszcza, że wysoka dynamika funduszu płac będzie coraz silniej wpływać na wyniki firm, zmniejszając krańcową produktywność nowo zatrudnianych pracowników” - uzupełnia główny ekonomista X-Trade Przemysław Kwiecień.

Ta sama jedenastka analityków, ankietowana przez ISB, uważa, że wzrost zatrudnienia w kwietniu wyniósł 5,8%. Ich prognozy wahają się tym razem w bardzo wąskim przedziale 5,7-5,9%. Ekonomiści są tym razem bardzo mocno podzieleni w ocenie tendencji na rynku pracy - przewidują zarówno utrzymanie się dotychczasowego bardzo pozytywnego trendu, jak i pogorszenia.

“W kwietniu spodziewamy się dalszego spadku dynamiki zatrudnienia do 5,7% r/r. Główną przyczyną tego faktu są trudności ze znalezieniem wykwalifikowanej siły roboczej oraz utrzymująca się silna presja na wzrost wynagrodzeń. Istotny wpływ ma również dotychczasowy wzrost cen nośników energii, który przy jednoczesnym umocnieniu złotego zmniejsza zapotrzebowanie na siłę roboczą w przedsiębiorstwach eksportujących i konkurujących z importem” - analizuje Jakub Borowski.

Tymczasem analitycy Banku BPH i Raiffeisen są przeciwnego zdania. Przewidują, że utrzymywanie się aktywności gospodarczej na wysokim poziomie będzie sprzyjało dynamicznemu wzrostowi zatrudnienia.

“Podobnie jak w pierwszych dwóch miesiącach roku zatrudnienie wzrośnie o ok. 300 tys. osób, tj. 5,8% r/r, a wzrost będzie w głównej mierze generowany przez przetwórstwo przemysłowe oraz handel i naprawy. Najszybciej, bo w tempie dwucyfrowym, rośnie w tym roku liczba miejsc pracy w budownictwie, jednak udział tej kategorii w zatrudnieniu w sektorze przedsiębiorstw ogółem jest niewielki, ok. 7-proc.” - przekonuje Adam Antoniak z BPH.

“Nadchodzące dane powinny potwierdzić, że obawy o kondycję polskiej gospodarki są przedwczesne, a jednocześnie utrzymują się inflacyjne zagrożenia. Tym samym oczekujemy, że publikowane w najbliższym czasie informacje wesprą scenariusz jeszcze jednej podwyżki stóp procentowych do poziomu 6,0%” - podsumowuje ekonomistka Raiffeisen Bank Polska Marta Petka.

Według Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w marcu wzrosło o 3,7% m/m, a w ujęciu rocznym zwiększyło się o 10,2% i wyniosło 3144,41 zł. Natomiast zatrudnienie w przedsiębiorstwach w tym czasie wzrosło o 0,2% m/m, natomiast w ujęciu rocznym wzrosło o 5,8% i wyniosło 5384,1 mln osób.

GUS poda dane o wynagrodzeniach i zatrudnieniu w przedsiębiorstwach za kwiecień w poniedziałek, 19 maja, o godz. 14:00. (ISB)

Źródło: ISB

« Previous PageNext Page »