Jun 19 2008
Marokańska majówka
Opadająca mgiełka odsłania majestatyczne, czterotysięczne szczyty Wysokiego Atlasu. Widok godny mistrzów impresjonizmu. To już nasz szósty dzień pobytu w Maroku.
4 maja 2006 r.
Jest już po godzinie siódmej. Niechętnie jednak wstaje się z wygodnych łóżek i czystej pościeli. Szczególnie po trzech dniach w Land Roverze i nocy spędzonej podczas burzy piaskowej pod namiotem na Erg Chebbi . Leniwie zbieramy się do wstawania i jeszcze wolniej do mycia. Dopiero po dobrych czterdziestu minutach w komplecie schodzimy do jadalni na śniadanie. Noc spędziliśmy w hotelu „Cafe Soleil”, w samym centrum Imil, małej wioski będącej punktem wypadowym wszystkich zmierzających na Toubkal.
Wylądowaliśmy tutaj wczoraj wieczorem, po błyskawicznym trzydniowym wypadzie z Marrakeszu przez wąwozy Dades i Todra do oazy na Saharze. Mohammed, nasz kierowca za dodatkową opłatą, zgodził się nas tu podrzucić i jeszcze załatwił ten nocleg u swojego znajomego. Kosztowało nas to dodatkowe 700 DH, ale pozwoliło zaoszczędzić jeden dzień, gdyż nie musieliśmy wracać do Marrakeszu i spędzić w nim nocy. Zostawiając za sobą wspaniałe widoki z przełęczy Tizin-Tichka, leżącej na wysokości 2260 m n.p.m., zjechaliśmy z drogi P31 łączącej Ouarzazat z Marrakeszem i bocznymi drogami dotarliśmy przez Tahanaoute do Imil. Wioska leży na wysokości 1700 m n.p.m. w dolinie Mizan, która zaprowadzi nas aż do podnóży celu naszej wyprawy. Muszę przyznać, że końcówka drogi pomiędzy Asni a Imil, biegnąca wysoko (bardzo wysoko, nie bójmy się tego słowa) ponad dnem wąwozu, dostarcza naprawdę mocnych wrażeń. Szczególnie, jeżeli kierowca na bardzo krętej i dodatkowo tego dnia mokrej drodze, gdzie teoretycznie dwa samochody nie są wstanie się wyminąć, jedzie z prędkością 70-80 km/h. Celowo napisałem teoretycznie, bo w praktyce wyglądało to tak: jeden klakson – „Ej, ty, mógłbyś zjechać!”, dwa klaksony – „Zjeżdżaj!” i już po chwili majaczą za nami światła samochodu, który właśnie wyprzedziliśmy. Jeszcze gorzej to wyglądało, gdy mijaliśmy wypadające zza zakrętu samochody. Wtedy praktycznie przyklejaliśmy się do skał, żeby zrobić trochę więcej miejsca jadącemu z naprzeciwka. W miarę możliwości starałem się nie patrzeć na lewą stronę, gdzie za wątpliwej jakości barierką, często noszącą ślady kolizji, otwierała się przepaść, na dnie której na pewno nie chcielibyśmy się znaleźć. Takich atrakcji się nie zapomina.
Cena za hotel wraz z kolacją i śniadaniem w wysokości 650 DH za pięć osób nie była może najniższa, ale warunki są bardzo dobre, więc polecamy to miejsce. Oprócz naszej grupy na śniadaniu jest tylko para Francuzów. Z tego, co udaje nam się zorientować, oni wejście na szczyt mają już za sobą, więc spoglądamy na nich trochę z zazdrością. Nie możemy się doczekać, kiedy wyruszymy. Bardzo miły właściciel hotelu, którego poznaliśmy wczoraj, informuje nas, że umówiony tragarz, o którym rozmawialiśmy wieczorem, powinien się za chwilę zjawić. Proponuje nam też wypożyczenie raków, gdyż jak twierdzi po intensywnym opadzie śniegu w ostatnich dniach, mogą nam ułatwić wspinaczkę. Dziękujemy, gdyż wydaje nam się, że to zbędny dodatkowy wydatek (około 50 DH). Pytamy go natomiast, czy możemy zostawić część bagażu w hotelu, do chwili zejścia z gór. Oczywiście nie ma problemu. Pokazuje nam pomieszczenie, w którym możemy zostawić zbędne w tym momencie rzeczy. Spokojnie zjadamy śniadanko, składające się z chleba, dżemu, kawy i oczywiście herbaty z miętą. W pokojach jeszcze szybkie przepakowanie plecaków i jesteśmy gotowi do wyjścia.
Powietrze jest krystalicznie czyste, a drobinki wody unoszące się ponad płynącą w dole spienioną rzeką, nadają mu ten niezwykły aromat świeżości. Zatrzymujemy się na tarasie przed hotelem, żeby podziwiać ośnieżone szczyty Atlasu, skrzące się teraz w słonecznych promieniach. Myśl, że już niedługo tam będziemy, działa na wszystkich bardzo pozytywnie. Dobry nastrój i humor dopisują.
Naprzeciwko hotelu jest mały sklepik ze wszystkim, więc zaglądam tam i pytam czy mają może mapę rejonu Toubkala. Sprzedawca mówi, że nie ma, ale prosi żebym moment poczekał i biegnie do sąsiedniego sklepu, by po chwili wrócić z rulonem mniej więcej A3, na którym wydrukowana jest ta sama mapa, którą ściągnąłem w Polsce z netu. Lubię mapy i mam ich w domu małą kolekcje, więc dochodzę do wniosku, że kupię ją na pamiątkę w drodze powrotnej i tak się też z nim umawiam (koszt 100 DH). Chłopaki mnie poganiają, gdyż zjawił się już nasz „berberyjski Szerpa” i pora wyruszać. Oczywiście jeszcze tylko targi, co do ceny, jaką będziemy musieli zapłacić za transport bagażu, a że mamy tych plecaków 5 i właściwie to muły powinny być dwa, więc będzie nas to kosztowało 300 DH. „Nie, nie! 300 to za drogo. Możemy zapłacić najwyżej 150”. Rytuał się powtarza, pewnie znowu przepłacimy. „Ok. Ok. 200 to nasza ostania cena, tylko już ruszajmy”. I ruszamy. Jest godzina ósma trzydzieści.
Początkowo idziemy drogą, która biegnie przez środek wsi by koło sklepu z mieniącymi się wszystkimi barwami tkaninami skręcić w prawo, w stronę orzechowego gaju. W wiosce panuje poranny rozgardiasz. Ruch i gwar na chwilę pozwalają zapomnieć o widocznej na każdym kroku biedzie. Kłaniamy się mijającym nas mieszkańcom, przyzwyczajonym do widoku takich jak my turystów. Widać, że są przychylnie nastawieni, ale zajęci swoimi codziennymi obowiązkami nie poświęcają nam zbyt wiele uwagi. Nie ma w nich tej niezdrowej nachalności, której doświadczyliśmy w Maroku wielokrotnie. Przez soczyście zielony gaj, wciąż lekko pod górę idziemy szeroką ścieżką wyznaczoną przez usypane kamienie i szerokie stopnie wyciosane z głazów. Tempo mamy całkiem niezłe, bo muł okazuje się być zaskakująco dobrym piechurem.
Zostawiając przyjemny cień drzew orzechowych, ostro w górę, zakosami dochodzimy do głównej drogi, która biegnie do Armound powyżej Imil. Mijamy przydrożny sklepiki, które mieści się w betonowej konstrukcji wystającej z kamiennego zbocza i po chwili dochodzimy do rozwidlenia. My idziemy prosto, a w lewo betonowym mostkiem droga prowadzi na druga stronę rzeki, gdzie na zboczach wzniesienia rozłożyło się niewielkie miasteczko Armound ze swoimi charakterystycznymi brunatno-brązowymi budynkami, których okna mają pomalowane na biało szerokie obramowania. Zieleń wybujałej w tym miejscu roślinności, która wykorzystuje życiodajną wilgoć górskiego potoku, czerwień spalonej słońcem ziemi pobliskich zboczy i błękit bezchmurnego nieba nadają temu miejscu niezwykły i niezapomniany charakter.
Skręcamy w prawo, w kierunku ostatnich zabudowań i później w lewo w kierunku szerokiego, kamienistego dna doliny Mizan środkiem, której płynie wspomniana, niewielka o tej porze roku rzeczka. Jeszcze tylko kilka zdjęć dwójki sympatycznych maluchów, którzy dostali od nas po batoniku i zaczyna się nasza górska przygoda. Zaczyna się dość nietypowo, bo okazało się, że po ostatnich opadach śniegu woda jednak wezbrała na tyle, że musimy szukać brodu, aby przejść na drugą stronę. Na całe szczęście nie jest to jakimś problemem. Później już szeroką ścieżką prowadzącą wschodnim zboczem doliny, łagodnie, powoli zaczynamy nabierać wysokości. W dole po prawej zostawiamy jeszcze jeden gaj orzechowy. Tempo nadają muły. Piszę o mułach w liczbie mnogiej, bo dogoniliśmy ekipę turystów z Anglii. Pojawiają się też pierwsze problemy. Mateusz zaczyna skarżyć się na obcierające buty. Mijamy właśnie pierwszy sklepik na szlaku coca-coli, więc zatrzymujemy się, bo bez zmiany skarpet Mateusza się nie obejdzie. Nerwowe przeszukiwanie plecaka, dodatkowo utrudnione przez liny, którymi zamocowany jest nasz bagaż na grzbiecie biednego zwierzęcia. Wreszcie są, udało się. A skarpety okazały się faktycznie zbyt ciepłe. Pogodę mamy wręcz wymarzoną, to znaczy temperatura jest wysoka, ale nie jest na tyle gorąco, żeby to było uciążliwe nawet w czasie marszu. Błękit nieba nad ośnieżonymi szczytami robi naprawdę niesamowite wrażenie i nasuwa skojarzenia z himalajskimi dolinami, choć oczywiście skala jest dużo mniejsza. Zresztą góry te całkiem dobrze udawały Himalaje w filmie “Kundun” Scorsese o życiu Dalaj Lamy. Myślę, że nieprzypadkowo wybrał właśnie te plenery.
Dochodzimy do Sidi Chamharuch (Szamharusz) oddalonego od Armed o około 3 kilometry. Po betonowym mostku przechodzimy do maleńkiej wioski, liczącej tylko kilka zabudowań, z tego połowa to chyba sklepiki. Samo miejsce jest dość niezwykłe, szczególne wrażenie robi znajdujący się w centrum ogromny pomalowany na biało głaz. Jest to miejsce, gdzie marokańscy pielgrzymi docierają na mułach, aby pomodlić się w grobowcu marabuta. Suchemu drzewu stojącemu przed wsią przypisuje się magiczne właściwości. Pierwsza dłuższa przerwa i obowiązkowa cola. Chłopaki rozmawiają z grupą Anglików, okazuje się, że lecieli za 100 funtów z Londynu do Marrakeszu. Jesteśmy lekko zszokowani, nasze 1700,00 zł za bilet z Krakowa przez Mediolan do Casablanki, wydawało nam się do tej pory atrakcyjna ceną. Przez cały czas jesteśmy nagabywani przez właścicieli kilku sklepików oferujących pamiątki, począwszy od minerałów (niektóre okazy naprawdę piękne) przez tkaniny, dywany a skończywszy na biżuterii. Umawiamy się, że może w powrotnej drodze coś kupimy. Twardo wymawiane i wielokrotnie powtarzane hasło „Darrrek, maj frrrend” zapisze się w historii tego wyjazdu. Na drzwiach jednego ze sklepików znajdujemy polski akcent, naklejkę Polskiego Klub Alpinistycznego. „Nasi tu byli!” Prawdopodobnie kilka dni przed nami, bo czytałem na ich stronie, że mają planowany wyjazd w tym terminie. Okazało się zresztą później, że rodaków i w tym rejonie można spotkać bez większego problemu.
Kilka minut po jedenastej wyruszamy w dalszą drogę. Z wioski szlak pnie się zakosami, pośród głazów i spalonych słońcem kępek karłowatych krzewów. Za kwadrans dwunasta docieramy do kolejnego przystanku na szlaku Coca-Coli. Słońce daje się już ostro we znaki wiec wypijamy kolejną butelkę tego cudownego napoju, który tylko wzmaga pragnienie. Atrakcję stanowi system schładzania sprzedawanych towarów, do którego wykorzystano przedziurawioną butelkę na końcu gumowego węża, którym płynie lodowata woda spływająca z bijącego gdzieś powyżej źródełka. Cykamy jeszcze kilka zdjęć i ruszamy dalej. W oddali widać na szlaku coraz więcej śniegu, więc rozpoczyna się dyskusja na temat, dokąd nasz muł doniesie bagaże. Odpowiedź przychodzi szybciej niż byśmy się spodziewali. Pół godziny drogi od ostatniej Coca-Coli, nad brzegiem w tym miejscu bardziej potoku niż rzeki Tallate, dostrzegamy rozbite obozowisko. Dwa namioty, grupki turystów spożywających posiłek i tragarzy z mułami. Za nimi znajduje się szeroki na kilkanaście metrów żleb wypełniony śniegiem. Nasz „Szerpa” informuje nas, że dalej nie idzie, ze względu na ten śnieg przecinający nasz szlak. Próbujemy dyskutować, ale nic to nie daje. Uparcie powtarza, że to niemożliwe, muły mogłyby spaść. Nie są wstanie przejść przy takim nachyleniu po tak głębokim śniegu. Mamy zabrać plecaki i dalej już musimy maszerować z pełnym ekwipunkiem. Nie jesteśmy tym zachwyceni, ale cóż zrobić. Jak się później okazało, rozwiązanie zawsze się znajdzie. Już maszerując z plecakami, widzimy jak tragarz przeprowadzają kilka mułów przez rzekę w miejscu, gdzie było mniej śniegu, a woda nie była zbyt głęboka. Na całe szczęście w oddali widać już budynki schroniska, do którego zmierzamy. Mocno operujące słońce roztapia śnieg, którego ilość nas zaskakuje. Opad w ostatnich dniach musiał być faktycznie bardzo obfity. Im bliżej schroniska, tym tego śniegu jest coraz więcej. Jednak przyroda czerpie z tego faktu pełnymi garściami, woda z topniejącego śniegu nawadnia trawy, które rosną tutaj obficiej niż gdzie indziej a ich kolor poraża niezwykle intensywną zielenią. Wygląda to naprawdę pięknie, dodatkowo wszystko teraz skapane jest w promieniach południowego słońca. Pod schronisko dochodzimy już prawie w kilkudziesięciu centymetrowym śniegu. Dochodzi czternasta, cała droga z Imil zajęła nam prawie pięć i pół godziny, ale trzeba przyznać, że zbytnio się nie spieszyliśmy.
Schronisko Toubkal, bo tak brzmi obecnie jego oficjalna nazwa, należy do Francuskiego Klubu Alpinistycznego z siedzibą w Casablance. Zostało wzniesione na przełomie 1999 i 2000 roku poniżej dawnego schroniska Neltner’a wzniesionego w roku 1938. Schronisko położone jest na wysokości 3207 m n.p.m. i stanowi je kompleks murowanych budynków wzniesionych z kamienia. Całość w sumie robi wrażenie, przede wszystkim ze względu na swój nieoczekiwany w tym miejscu ogrom.
Piotrek rozmawia o możliwości noclegu z prowadzącym schronisko Mohammed’em Aït El Kadi. Ubrany w sięgającą kolan koszulę i charakterystyczną czapeczkę pasuje nam do klimatu tego miejsca, dużo bardziej, niż kiedy następnego dnia zobaczymy go ubranego od stóp do głów w Gore-Tex. Nie po raz pierwszy przekonujemy się, że Maroko to kraj kontrastów. Na razie dowiadujemy się, że sporo osób schodzi do Imil i chociaż za nami podążają dwie duże grupy Francuzów i Anglików, nie powinno być ze spaniem problemu. Mohammed prowadzi nas na piętro, gdzie w jednym z dwóch wieloosobowych pomieszczeń pokazuje nam miejsca, na piętrowych dwuosobowych łóżkach. Jesteśmy w pokoju sami, więc zajmujemy miejsca przy niewielkim okienku, przez które możemy cieszyć oczy widokiem góry, dla której zdobycia pokonaliśmy tysiące kilometrów. W pokoju panuje dziwna wilgoć, więc przenosimy się przed budynek, i wykładamy się na karimatach, na murku okalającym budynki. W słoneczku wygrzewamy się jeszcze przez ponad godzinkę. Słońce chowa się za okalającymi dolinę szczytami a z jej dna powoli zaczyna podnosić się mgła, która w niedługim czasie ogarnia wszystko. Tym samym wyjaśnia się wilgoć panująca w naszym pokoju. Okienko oczywiście zostawiliśmy otwarte i w efekcie materace też są wilgotne. Na łóżkach musimy rozłożyć karimaty. Zaczyna wychodzić z nas zmęczenie, więc nie specjalnie zastanawiamy się jak będziemy spać tej nocy. Schodzimy na parter do sali jadalnej i na szybko przyrządzamy gorący posiłek, korzystając z wrzątku, za który na razie nie płacimy (5 DH). Z zaciekawieniem przyglądamy się Anglikom, którym przewodnicy gotują kolację.
Po posiłku wychodzimy jeszcze na krótki spacer, podziwiać zachód słońca i rzucić jeszcze raz okiem na czekającą nas jutro trasę. Zrobiło się po osiemnastej. Za schroniskiem koło zamarzniętego o tej porze roku niewielkiego wodospadu spotykamy dwóch miejscowych przewodników. I wtedy właśnie ma miejsce rozmowa, która zapoczątkuje „serię niefortunnych zdarzeń”. Sugerują nam, żeby jutro wyruszyć tak jak oni tuż po godzinie siódmej i wybrać szlak omijający łukiem z prawej strony miejsce, w którym się znajdujemy. Owszem można też podchodzić bezpośrednio od wodospadu, ale wtedy musielibyśmy zdecydować się na strome podejście po zmrożonym śniegu, gdzie biorąc pod uwagę to, że nie mamy raków, możemy mieć problemy. Teoretycznie wszystko jest jasne. Przed spaniem pakujemy plecaki. Założenie jest takie, że idziemy na lekko, zabieramy tylko suchy prowiant, niezbędne picie, a resztę zostawiamy tutaj. Kąpiel w ciepłej wodzie w łazience znajdującej się w piwnicach jest płatna (10 DH), ale większym problemem przy korzystaniu z niej okazuje się tłum chętnych. Dobrym pomysłem było zabranie wilgotnych chusteczek higienicznych.
Okazuje się, że jednak jeszcze kilka osób dotarło do schroniska i w naszym pokoju na naszą piątkę zostały tylko cztery miejsca. Artur deklaruje się, że będzie spał z chłopakami na górze. Nie protestujemy specjalnie, gdyż zdążyliśmy już poznać jego chrapanie. Młodzi są, więc niech się męczą. Wszyscy jesteśmy jednak na tyle zmęczeni, że zasypiamy szybko i nic nam w tym śnie nie jest wstanie przeszkodzić.
5 maja 2006
Budzimy się przed siódmą. Piotrek z Kubą zbierają się najszybciej i pierwsi schodzą na dół. Ja z Arturem sprawdzamy jeszcze plecaki, ale nie spieszymy się za bardzo, bo jesteśmy przekonani, że przed wyjściem jeszcze coś zjemy i wypijemy herbatę. Mateusz musiał skorzystać z toalety i … utknął w kolejce. Schodzę na jadalnię i stwierdzam, że Piotrka tam nie ma. Okazuje się, że czekają na nas przed schroniskiem. Nie dogadaliśmy się i o ciepłej herbatce trzeba zapomnieć. Oni chcą wyruszyć natychmiast. Ostatnia zorganizowana grupa z przewodnikiem znika nam z oczu. Piotruś nerwowo stara się nas pośpieszyć. Muszę czekać na Mateusza, więc zostajemy z Arturem a oni ruszają wydeptaną w śniegu ścieżką. W końcu dochodzi do nas Mati, więc i my możemy wyruszyć. Zrobiło się już koło wpół do ósmej. Piotrek i Kuba czekają na nas kilkadziesiąt metrów powyżej. Każdy krok to dla mnie duży wysiłek. Jestem po środkach przeciwbólowych, więc na całe szczęście noga nie daje bardzo znać o sobie. Jest zimno, myślę, że może być koło minus dziesięciu, dodatkowo duża wilgotność powoduje, że odczuwalność chłodu jest większa. Zostaję trochę w tyle. Artur i Mateusz doganiają powoli chłopaków, którzy już nie czekając ruszyli dalej. Dochodzę do wniosku, że nie ma sensu iść za nimi. Jestem przekonany, że oni po zrobieniu łuku, który ominie wąwóz z prawej strony i tak będą musieli przejść na wschodnie zbocze, którym prowadzi szlak na Toubkal. Schodzę, więc najpierw na dno wąwozu i później idąc ostro po górę, dochodzę do kamiennego murku ledwie wystającego spod śniegu a zrobionego prawdopodobnie przy ujęciu wody. Macham stamtąd do chłopaków, którzy są w tym momencie już dość daleko ode mnie i wygląda, że wybrali złą drogę. Szlak, którym idą, prowadzi prawą stroną doliny i niestety nie wygląda, żeby mogli przejść do mnie. Wąwóz w tym miejscu ma już ładnych kilka metrów głębokości a ściany są tak strome, że nie ma szans na ich pokonanie. Drogę na Toubkal zostawiam za sobą. Wciąż mam w pamięci wczorajszą rozmowę z przewodnikami, przecież mówili, żeby właśnie iść łukiem w prawo. Ale chyba zatoczony ręką łuk miał być mniejszy, niż ten, który teraz robią moi koledzy Nabrałem trochę wysokości, więc trawersuje łagodnie nachylone zbocze. Widzę ich teraz wyraźnie jak w porannych promieniach słońca idą po drugiej stronie doliny. Jeszcze się łudzę, że może mimo wszystko dziś pójdziemy na Toubkla. Po pół godzinie marszu, po dziewiczym śniegu, tych złudzeń już nie mam. W końcu nasze drogi mogą się połączyć.
Spotykamy się koło wielkiego głazu, w miejscu, gdzie dolina zwęża się. W lewo szlak prowadzi przez przełęcz Tizi n’Ouanoumss nad jezioro L.D’Ifni, natomiast prosto przed sobą mamy przełęcz Tizi n’ Ouagane leżącą na wysokości 3750 m n.p.m., skąd można wejść na liczący 4089 metrów szczyt Ouanoukrim.
Jest już koło wpół do dziewiątej. Atmosfera jest trochę nerwowa, do wszystkich dotarło, że dziś na szczyt nie wejdziemy, bo zbyt daleko odeszliśmy i powrót na szlak mija się z celem. Jest po prostu za późno. Pojawiają się niepotrzebne wzajemne pretensje. Jakoś udaję się jednak opanować sytuację. Zaczęło się niefortunnie, ale przecież musi się skończyć pomyślnie. Bez takiego nastawienia nie byłoby nas tutaj. Ostatecznie ustalamy, że wejdziemy na przełęcz leżącą na końcu doliny i potraktujemy dzisiejszy dzień jako aklimatyzację. Słońce stoi już wysoko i cała dolina jest skąpana w jego promieniach. Widok roziskrzonego śniegu, ciemne ściany otaczających nas szczytów i wszechogarniająca cisza. To nam poprawia zdecydowanie humor. W końcu to też jest przygoda. Piotruś powtarza swoje nieśmiertelne - „Życie bez przygód to jak wiosna bez kwiatów” oraz “Zawsze szczytami chodził nie będziesz” - i idziemy zdobywać przełęcz. Na całe szczęście zrobiło się też cieplej. Podejście jest łagodne, ale i tak zatrzymujemy się, co kilka kroków. Nasze organizmy z trudem przystosowują się do tych wysokości. Należy o tym pamiętać. Najlepszą kondycję ma Kuba, który dość szybko zostawia nas w tyle. Na przełęcz docieramy przed dziesiątą. Siadamy z Mateuszem na śnieżnym nawisie, który ma w tym miejscu około 2 metrów wysokości. Pod nim ściana urywa się pionowo. W dali widać zamglone pasma Atlasu. Po chwili dołącza do nas trójka Czechów. Wczoraj byli na Toubkalu i dzielą się z nami wrażeniami z tamtego wyjścia. Proponują, żebyśmy poszli z nimi na Ouanoukrim. Rezygnujemy, jak dla nas na pierwszy dzień wystarczy. Może gdyby ten dzień zaczął się inaczej? Wrażeń jednak i tak mamy dość. Mateusz wymyślił, że będzie zjeżdżał na ochraniaczach po śniegu. Zabawa jest przednia. W schronisku jesteśmy przed dwunastą. Znowu wykładamy się na karimatach do słonka i oglądamy kolejne grupy schodzące z Toubkala. Ogólne zainteresowanie wzbudza jeden z przewodników, który na nartach pamiętających chyba lata 80-te ubiegłego wieku, zjeżdża jednym z leżących powyżej schroniska żlebów. Myślę jednak, że dolina w zimie może być prawdziwą skitourową atrakcją. Zmęczenie szybko mija i dochodzimy do wniosku, że może jednak dobrze się stało, że „pobłądziliśmy”. Złapaliśmy trochę aklimatyzacji, więc na jutrzejszy dzień patrzymy optymistycznie.
2 duże zorganizowane grupy „turystów” z Francji i Anglii zeszły dziś do Imil, więc w schronisku jest zdecydowanie przestronniej i ciszej. Wieczorem spotykamy w jadalni Wojtka i Krzyśka z Warszawy. Siedzą w Maroku już drugi tydzień i też mają za sobą wycieczkę na Saharę. Wymieniamy się, więc doświadczeniami, a że jest o czym opowiadać to i czas szybko upływa nam na miłej rozmowie. Wspólnie pichcimy sobie kolacyjkę i wcześnie kładziemy się spać. My w naszym pokoju, który dziś mamy cały dla siebie, a oni, jako, że zabrali ze sobą namiot, noc spędzą koło schroniska. Nocleg w namiocie jest dozwolony i na terenie należącym do schroniska kosztuje 10 DH.
6 maja 2006
Tym razem nie ma żadnych niespodzianek. Przed siódmą, w komplecie wyruszamy spod schroniska. Prowadzę ich drogą, którą szedłem wczoraj. Za schroniskiem skręcamy w lewo. Powyżej przysypanego śniegiem wodospadu przekraczamy dno wąwozu i pokonujemy trawersem mocno nachylony fragment. Piotrek, który idzie jako pierwszy robi w zmrożonym śniegu stopnie dla chłopaków. Przydają się też kije. Śniegu jest faktycznie dużo i zastanawiamy się czy nie należało jednak wziąć ze sobą raków. Na całe szczęście dochodzimy do wydeptanej w śniegu ścieżki, która pod kątem przecina w całości zasypane śniegiem zbocze. Tu, choć jest ślisko idzie się już o wiele lepiej. Zakosami podchodzimy w górę. Po drodze spotykamy schodzącego chłopaka. Okazuje się, że to Polak. Jest ich trójka, są z Krakowa, choć teraz przylecieli z Anglii, gdzie aktualnie pracują. Dotarli do schroniska wczoraj późnym wieczorem i dlatego ich nie spotkaliśmy. Mają przewodnika i jego koledzy z nim właśnie wychodzą na szczyt. On miał ostatnio problemy żołądkowe i doszedł do wniosku, że nie da rady, więc zawraca. No cóż, ta góra, co by o niej nie mówić ma swoją wysokość i nie należy sobie tego lekceważyć. My dziś jesteśmy w o wiele lepszej kondycji. Wczorajsze wejście na przełęcz procentuje.
Dochodzimy do rygla skalnego, odgradzającego południowe Ikhibi od dna doliny Mizan. Tutaj robimy krótką przerwę. Cały czas idziemy w cieniu, więc zimno daje się nam we znaki. Jest chyba jeszcze chłodniej niż wczoraj. Najgorszy jest wiatr, szukający miejsca, żeby przeniknąć przez kolejne warstwy ubrania. Schowani za sporym głazem oglądamy czekająca nas jeszcze drogę. Przed nami widać kolejny rygiel skalny, odgradzający nas od kotła, z którego droga będzie wiodła na przełęcz, gdzie będziemy musieli skręcić w lewo. Zmrożony śnieg nie ułatwia podejścia, szczególnie uciążliwe jest przejście stromego odcinka przy wyjściu z kotła, gdzie jest bardzo ślisko. Dodatkowo przypomniała o sobie pięta Mateusza, musimy zrobić mu opatrunek, bo nie wygląda to zbyt ciekawie. Na całe szczęście na przełęczy, na którą docieramy po dziewiątej, śniegu jest już zdecydowanie mniej i nachylenie też już nie jest tak duże. Za to odległość, którą mamy jeszcze do przejścia trochę przytłacza i powiem, że właśnie ten docinek był dla mnie najgorszy – psychicznie. Przejście go zajmuje nam prawie godzinę. Na tym odcinku jest mniej śniegu i mocno skruszone, luźne andezyty i ryolity tworzące ten piarg, wcale nie ułatwiają podejścia. Po drodze spotykamy schodzącą już ze szczytu wspomnianą dwójkę z Krakowa. Chwilkę rozmawiamy. Idziemy teraz w dużych odstępach od siebie. Dochodzimy do grani, skąd widać już wierzchołek, na który Piotrek z Kubą zdążyli już wejść. Nas czeka jeszcze jeden stromy odcinek, który pokonuje się trawersem i o godzinie 10:20 wszyscy stajemy na szczycie.
Udało się. Coś, co kilka lat temu było tylko mało realnym pomysłem, zrealizowaliśmy pomimo przeciwności, a może właśnie dlatego. Piotrek z metalowymi prętami “endera” po złamaniu kości udowej, ja z moim biodrem do wymiany, jesteśmy w miejscu, o którym sobie kiedyś zamarzyliśmy. Bo to już chyba z 10 lat minęło, jak siedząc późnym wieczorem przed schroniskiem Teryego w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich, Piotrek, który był wtedy jeszcze świeżo po wyprawie na Kilimandżaro, zaczął snuć plany wyjazdu na jeszcze jedną górę w Afryce. I dziś „wytupaliśmy” jak to wtedy określił ten Toubkal. Bo po to są marzenia. I po to są przyjaciele.
Na szczycie jesteśmy ponad pół godziny. Panorama jest niezwykła. Wkoło przyprószone śniegiem ciemnobrązowe, rude, czerwone, czasem niemal czarne skały okolicznych szczytów. Gdzieś tam daleko w kierunku południowym rozciąga się Sahara. W dole widać zabudowania berberyjskiej wioski. I ta cisza, której przez chwilę staramy się nie zakłócić. Troszkę odpoczywamy i robimy zdjęcia. Pogoda zaczyna się niestety zmieniać. Od północy zaczynają pojawiać się ciemne chmury. Załamanie pogody to nie jest to, czego chcielibyśmy doświadczyć na szczycie. Na całe szczęście pogoda tego dnia jest dość stabilna. Dochodzimy do wniosku, że nie ma jednak co przedłużać pobytu na szczycie. Artur zakopuje jeszcze pod kamieniami drzewko szczęścia - proszę go tam nie szukać. Samo zejście to już bajka. Większość trasy pokonujemy zjeżdżając na butach. Kijki doskonale się przydają. Szusowanie po stromym zboczu, na które z takim trudem wspinaliśmy się, sprawia nam ogromną przyjemność. Zabawa jest naprawdę przednia. Spotykamy jeszcze na przełęczy Krzyśka z Wojtkiem. Wojtek bardzo źle wygląda, określenie „blady jak papier” w jego przypadku jest bardzo adekwatne. Sprawia wrażenie, bardzo zmęczonego. Myślę, że najchętniej by w tym momencie zawrócił. Tłumaczymy, że najgorsze ma już praktycznie za sobą a do szczytu nie jest wcale daleko. Mamy jeszcze jakieś batony energetyczne, wiec częstujemy ich, bo okazuje się, że nic ze sobą nie wzięli. Patrzymy jak powoli maszerują do góry i chyba każdy z nas cieszy się, że my mamy to już za sobą. Jesteśmy w schronisku przed pierwszą.
Na miejscu czeka nas pakowanie plecaków, na szybko przyrządzony z resztek zapasów posiłek oraz oczywiście rozliczenie z Mohammed’em. Policzył nas wg. taryfy zimowej - 80 DH za noc, w sezonie letnim od maja do października stawka wynosi 130 DH. W sumie za dwa noclegi, wrzątki, których nie mogliśmy się doliczyć i kąpiel zapłaciliśmy 900 DH. Tanio i za nic nie przepłaciliśmy, co nam się w czasie tego pobytu często zdarzało. To pozwala nam z optymizmem patrzeć na dzisiejszą noc, którą zamierzamy spędzić w Marrakeszu na placu Jemaâ El Fna. Pogoda wciąż dopisuje, więc schodząc, podziwiamy widoki, z którymi musimy się pożegnać. Plecaki dają trochę w kość, więc będąc w Sidi Chamharuch udaje nam się za 100 DH wynająć „Szerpę” z mułem, na którego z wdzięcznością pakujemy nasze plecaki. W czasie zejścia jestem świadkiem dość niezwykłego widoku, kiedy widzę jak nasz tragarz zaczyna wrzucać kamienie do jednego z juków. Okazało się, że w ten sposób wyrównywał biednemu zwierzęciu obciążenie. Muł okazuje się niezłym piechurem tak podczas wejścia jak i w zejściu. Nie próbujemy się z nim ścigać, ale tempo mamy bardzo przyzwoite. Po czterech i pół godziny jesteśmy w Imil.
Słońce już jakiś czas temu schowało się i czerwienią zabarwia teraz ośnieżone szczyty. Jeszcze chwila i one znikną w mroku. Po trzech wspaniałych dniach w sercu Wysokiego Atlasu ponownie pijemy herbatę z mięta w „Cafe Soleil”. Te niezwykłe góry, choć już niewidoczne, na zawsze zostaną przed naszymi oczami.
Darek Gwóźdź
Źródło: travelbit
